Strona główna

„KARTKI Z KOTLINY”

Magdalena Pośpiech

Kartki z Kotliny

Przewodnik sentymentalny

Goszce – miej oczy szeroko otwarte i patrz, tylko patrz

Spis treści:

  1. * * *
  2. Zamiast wstępu.
  3. Kartki z Lądka.
  4. Kartki z Gorzanowa i Gór Bystrzyckich.
  5. Kartka z Gór Stołowych.
  6. Kartki z Gór Bialskich.
  7. Kartki z wakacji.
  8. Kartka ze zdroju.
  9. Kartka ze Srebrnej Góry.
  10. Kartka z Kłodzka i Rychnova.
  11. Kartka do Ciebie.
  12. Epilog.

* * *

Kim jesteś?

Jeśli jesteś słuchaczem, to słuchaj…

Opowiem ci o miłości, która ledwie przyśnić się może, bo czym jest miłość do Kotliny? Snem tylko, podmuchem wiatru, śniegiem, co wiosną spłynie z gór gniewając rzeki, górą która trwać będzie zawsze groźna i nieporuszona, moim marzeniem, co snem jest tylko…

Tak Cię kocham Kotlino jak mężczyzna kochać może kobietę, jak kobieta kocha dziecko, jak pies wielbi swego pana. Tak Cię kocham i wiem, że kiedyś będziesz moja, że Cię oswoję, że tulić będę dotąd, aż i Ty mnie przytulisz, bo tylko Ty wiesz jak Cię kocham. Dlatego moje sny pełne są Ciebie, dlatego Twoje miasta mnie czarują, dlatego rzeki twoje płyną przez mą duszę, dlatego góry Twoje mnie wołają, że jestem Tobą – jestem Kotliną, więc przytul mnie byśmy już nigdy nie były osobne…

Tyle mi o sobie powiedziałaś, a ciągle nie znam Cię do końca, jak nie znam siebie. Każda Twoja droga jest odkrywaniem, każde spojrzenie na Ciebie boli, bowiem zbyt piękna jesteś byś była prawdziwa… A jednak jesteś, jesteś rzeczywistością. Często kruchą i odrealnioną, czasem oniryczną, a czasem okrutną i groźną. Tyś wolna i nieujarzmiona, nikt nie postawi Ci stopy na karku, nikt Cię nie zniewoli, bowiem Tyś Wolne Suwerenne Hrabstwo – dom dla zbuntowanych i niepokornych, dla zbójców i rycerzy. Tyś zamek, w którym ukryć się można, Tyś świat na końcu świata, o którym wie tak niewielu, Tyś baśń moja, jedyna. Błądzę w opowieściach, które Twe drzewa szumią i Twój wiatr śpiewa. One sprawiają, że znowu jestem dzieckiem i rozmyślam o kamieniach – cierpiących, bowiem nikt ich mowy nie rozumie. Ludzie przechodzą obok nich obojętnie, nie wiedząc, że każdy głos swój posiada, a ich milczenie to pozór tylko, jedna strona prawdy zaledwie…

Usiądź między kamieniami i słuchaj, wsłuchaj się w czas dawno utracony – on w nich trwa, potrafią o nim opowiedzieć jeśliś słuchać gotów.

Ileż kamiennych opowieści usłyszałam w Twoich ruinach Kotlino. Widziałam jak Twoje kamienie płakały, a z każdej kamiennej łzy powstawała gwiazda. Jej światło prowadziło mnie głębiej do Ciebie. Na mojej – Twojej mapie gwiazdy migotały ścieżką, którą chciałam pobiec, by u jej kresu znaleźć mój  k a m i e ń. Skąd wiedziałaś, że od dzieciństwa kochałam kamienie?

Siedzę więc  n a  k a m i e n i u. Dopiero rozpoczął swoją długą opowieść i wiem, że lata całe będę się wsłuchiwać w jego niemy szept, aż wreszcie odnajdę w nim siebie, tak jak znalazłam opuszczonego przez wszystkich Chrystusa, umierającego na kamiennym krzyżu, który przewrócił się w świerkowym zagajniku, zupełnie niedaleko ofiarowanego mi przez Ciebie k a m i e n i a. Poprowadziłaś mnie do niego, ponieważ tylko Ty wiesz jak samotny być musiał, gdy tak przewrócony od lat leżał. Ty wiesz i ja wiem, że go podniosę, gdyż inaczej kamień przestanie do mnie szeptać, a przecież niczego bardziej nie pragnę, niż w ów szept się wsłuchiwać, by  n a  k a m i e n i u kamienie układać do życia. I tak powstanie opowieść o Tobie Kotlino, a potem z kamieni ułożę  dom, a może twierdzę, w której zawsze będzie bezpiecznie, gdzie nikt nie postawi mi stopy na karku i wtedy… mój sen będzie już Goszki snem o miłości, która wichrem jęczy miedzy górami, pachnie ziemią na przedwiośniu, wypełnia się ciszą, w której słyszysz już tylko siebie, bowiem ona jest twoim wnętrzem ciągle niezbadanym, do końca niepojętym. Jest jak cela, gdzie z sobą chcesz się zaprzyjaźnić, siebie nienawidzisz i siebie oswajasz z wolnością, bo właśnie cela sprawia, żeś wolny od świata. Ty jesteś celą Kotlino, ja jestem celą. Goszce ową celę zostawię, gdy pod kamieniem spać będę w Twoich objęciach, bo przecież mnie przytulisz Kotlino, gdyż tylko Ty wiesz jak Cię kocham. Przytul moją Goszkę, bądź jej celą, jej snem w moim śnie…

Więc, jeśli jesteś słuchaczem, to słuchaj…

Na kamieniu, w Kamieńczyku, w Kotlinie Kłodzkiej * * *

Zamiast wstępu

Myśl o zamknięciu Kotliny w kadrze oraz opisaniu jej słowami, myśl uporczywa, chodziła za mną całe, tamto lato… Uciekając z dusznego, rozgrzanego miasta, wędrowałam po Dolnym Śląsku szukając odrobiny cienia i chłodu. Upał zaprowadził mnie do Kotliny Kłodzkiej, na „koniec świata”, do wsi Kamienica, gdzie w czasie spotkania z drogim mi człowiekiem, usłyszałam o Bystrzyckich Górach. W ciszy letniego wieczoru, przerywanej jedynie jednostajnym szumem strumienia i trzaskiem płonącego w ognisku drewna, snuła się opowieść o sennej krainie, o wsiach gdzie więcej ruin niż ludzi, o polityce –Bóg jeden wie czyjej– co sprawiła, że ziemia położona u stóp Gór Bystrzyckich, w dolinie Dzikiej Orlicy nigdy do nikogo nie należała naprawdę, o ziemi niczyjej, ziemi do oswojenia, do pokochania…

Kiedy wkrótce zobaczyłam tę krainę zrozumiałam, że potrzebuje frazy. Nazwać ją i opisać oto, czego chciałam, bowiem tylko to, co zapisane, istnieje naprawdę. Później pojawiła się myśl, iż właściwie cała Kotlina Kłodzka jest tego warta.

Są miejsca pierwsze, miejsca mityczne, arkadie, do których tak często powraca wspomnienie. Takim miejscem zawsze była dla mnie Kotlina. To w Kłodzku przy ulicy Walecznych nauczyłam się chodzić, a w dwadzieścia osiem lat później, w Bielicach – rodzinnej wsi Michała Klara Starszego – postawiła pierwsze kroki moja córka. Wracałam tu nieustannie wierząc, że w tutejszych ruinach, obok wielu cieni, błąkają się też cienie moich najbliższych…

Mozolnie i długo szukałam formuły, by Kotlinę opisać. Im bardziej w nią wchodziłam, tym mocniejsze było wrażenie, że same słowa nie wystarczą. Ta ziemia potrzebowała barwy i światła. Na kolejną włóczęgę zabrałam ze sobą aparat… Powoli, jak jabłko w dzikim, zarośniętym sadzie, dojrzewał mój zamysł. I oto leżą przede mną „Kartki z Kotliny”– próba zapisu wrażeń, albo może fragment dziennika podróży. Nazwałam go „kartkami”, choć termin ten jedynie zdjęć dotyczy, ale jednocześnie łączy to, co zapisane, opowiedziane z „obrazkiem” zamkniętym w kadrze. Na owych „Kartkach z Kotliny” wspomnienie splata się z teraźniejszością, słowa chcą być piękne, ciekawe, smutne i tajemnicze jak pejzaże, pejzaże rozsadzają słowa…

*   *   *

Motto: „Im dalej wzwyż i im dalej w głąb

Tym wszystko staje się większe.

Wnętrze jest zawsze większe

Od tego, co na zewnątrz

Ach, tak… świat wewnątrz świata…”

C.S. Levis „Opowieści z Narni”

Im dalej wzwyż i w głąb podróżuję po największej w Polsce górskiej kotlinie, tym bardziej przekonana jestem, że jest ona miejscem archetypowym, mityczną krainą dzieciństwa, gdzie czas i przestrzeń istnieją w innym niż rzeczywisty wymiarze. Przestrzeń jest jakby skurczona, zamknięta między górami i pagórami, dając jedyne w swoim rodzaju poczucie wyizolowania od reszty świata. Czas zatrzymany między ruinami domostw, kopułami barokowych kościołów, w ich wieżach, gdzie oko zegara nie drga, jest czasem minionej świetności. Tu wszystko było, rzadko jest teraz, a co będzie i czy będzie, tego nikt nie wie. To świat kruchy i wątły, rozpadający się na kawałki. Lecz, gdy się owe kawałki poskłada, by przyjrzeć im się z bliska, to każda dróżka, strumień, drzewo, każdy most i kamień mają swoje nieprzypadkowe miejsce w przestrzeni Kotliny. Jest ona zamknięta i skończona, oddzielona od reszty, otoczona resztą jak kokonem ukrywającym tajemnicę, klejnot do końca niepoznany. Geograficznie położona w granicach Polski, cała ta ziemia jakby Polską nie jest. Ciągle natrafia się tu na czeskie i niemieckie ślady. Zaczynając od przydrożnych, kamiennych rzeźb, poprzez domy z ich strychami pełnymi niemieckich garnków, rondli, starych, rozpadających się mebli, zakurzonych obrazów, poprzez opuszczone i zrujnowane pałace ze śladami wspaniałych sztukaterii na sufitach oraz kościoły, co z ewangelickich zmieniły się w katolickie lub całkiem umarły, jak ten w Czerwonym Strumieniu, czy zaadoptowany na halę sportową kościół poewangelicki w Międzylesiu, kończąc na cmentarzach, a zwłaszcza małych cmentarzykach wiejskich, gdzie w gąszczu zarośli natrafić można na fragment cmentarnej rzeźby, kawałek płyty nagrobnej, zardzewiałe ramię krzyża. To przedmioty tylko, zaledwie rekwizyty dawno odegranego dramatu. Chodząc pomiędzy nimi zawsze miałam wrażenie, że ocieram się o czyjeś życie jakby wpół przerwane, tu pomiędzy kamieniami Kotliny porzucone, zapomniane. Dzisiaj zostały tylko ślady, martwa scenografia, tworząca ów niepowtarzalny nastrój zrujnowanego świata. Na szczątkach z przeszłości usiadła teraźniejszość, często przypadkowa, jakże często szara. Tak można by pisać o wnętrzu tej ziemi, mnożyć przykłady bezmyślnego niszczenia, akty wandalizmu dokonane na kulturze materialnej Ziemi Kłodzkiej… Lecz, po co? Czemu miałoby to służyć? Zresztą każdą rzeczywistość można postrzegać wielako i nigdy do końca nie pojąć. Można choćby tak…

Za Bardzką Przełęczą ukryty jest świat, „świat wewnątrz świata”. Owa przełęcz otwiera drzwi do innej, baśniowej rzeczywistości, ukrytej wewnątrz tej prawdziwej. Za Bardzką Przełęczą znajdziesz Kotlinę – baśń, z przypisaną jej narracją. Były tu złoto i srebro oraz inne kruszce, zamki i rycerze, kościoły i zakony, budowniczowie i ich dzieła, rzeźbiarze i poeci. Teraz zostały ruiny i… poeci. Oni Kotlinę ukochali całym sercem, dlatego oddają się ratowaniu tego, co jeszcze z dawnej świetności zostało, aby zostało…

Ten, kto leżał latem w chłodnej, gęstej trawie w Górach Bystrzyckich i czuł, że cały świat jest gdzieś obok, lub ten, kto poczuł smak wrześniowych, dzikich śliwek i jabłek, wie, co mam na myśli nazywając ludzi zakochanych w dawnym Hrabstwie Kłodzkim – „poetami”. Moje „kartki” piszę do nich wszystkich, a także do duchów starych grafów i książąt, do Michała Klahra Starszego, do Goethego i Turgieniewa, którzy w Lądku bawili u wód, do wszystkich znamienitych mieszczan, fundatorów wielu kościołów i kamienic Kotliny, a jednocześnie do tych wszystkich, co stanęli oniemiali wobec jej piękna… Piszę je także do Ciebie, nieznany czytelniku, w nadziei, że gdy trafisz do Kotliny, wydepczesz w niej swoją własną ścieżkę, przez nikogo nie odkrytą, nikomu nieznaną…

Kartki z Lądka

Kartka z drogi

Od momentu wyjazdu z Wrocławia nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że jedziemy w baśń. Mijały nas pola w kolorze sepii, a na nich samotne sylwetki czarnych pni drzew, jakby smołą pomazanych. Słońce, nisko zawieszone na horyzoncie, ledwie lizało drogę wijącą się przed nami. Tak dojechaliśmy do Barda. Po lewej stronie widziałam ledwie zarysy Gór Sowich. Głowy schowały głęboko, w chmurach. Silny wiatr sprawiał, że wolno wspinaliśmy się na przełęcz. Spojrzałam do tyłu. Most, rzekę i klasztor na wzgórzu otulała przeźroczysta mgła, odrealniając przestrzeń, świat, drogę. To już nie była rzeczywistość. Przed oczami przesuwały się filmowe klatki. Tak minęliśmy Bardo, zostawiając je na inną okazję, by dalej wzwyż i dalej w głąb…

Z Przełęczy Bardzkiej zjechaliśmy do Kłodzka. Ledwie zdążyłam zamknąć wieże kościołów i mury twierdzy pod powieką, a już byliśmy na trasie prowadzącej do Lądka. Poranne mgły gdzieś opadły, a przed nami wiła się leniwie droga znana na pamięć. Odbijały się w niej promienie słońca, co w lutym jeszcze nie grzeje. Otaczający nas świat był zachwycający. Smukłe sylwetki drzew na tle Gór Bardzkich, przed nimi bruzdy zaoranych pól, przykrytych kryształkami śniegu, migoczące słonecznym światłem. Przy drodze domy ziejące oczodołami pustych okien oraz te zamieszkałe – szare, biedne. Miejscami pałac lub dwór, gdzie tylko wiatr wspomina właściciela i może jeszcze dziczejące drzewa szumią o dawnej świetności.

Zamknęłam oczy…

Oto przede mną tętniące życiem Suwerenne Hrabstwo Kłodzkie, gdzie na traktach masa kupców wioząca towary z Południa na daleką Północ. Szum i gwar rozmów, pokrzykiwania woźniców, zapach potu zmęczonych koni i wonnych kadzideł. Wysoko w górach siedzą zbójcy, planując nocne wypady na drogi po kupieckie bogactwo.

Otworzyłam oczy i… dojechaliśmy do Lądka.

Kartka z odległych wakacji

Kiedy myślę o Lądku, to przed oczami mam film – film z dzieciństwa, pewnie dlatego taki cudny. Oto maleńkie miasto pośród gór. Jest koniec sierpnia, a może już wrzesień, kwitną

wrzosy i ciągle jeszcze są wakacje… W Rynku, nad którym majestatycznie króluje wieża ratusza miejskiego, właśnie zatrzymał się autobus. Wysiadły z niego kobieta i dziewczynka mająca siedem, może osiem lat. Obejrzały się za odjeżdżającym autobusem i powoli ruszyły przez pusty, oświetlony popołudniowym słońcem, rozkopany Rynek. Wszędzie mnóstwo żółtej gliny i niedbale rozrzuconych kawałków starego bruku. Po lewej minęły sukiennice, gdzie ongiś pewnie stały kolorowe przekupki. Tego dnia podcienie podpierali ospali pijaczkowie, codzienni bywalcy pobliskiej restauracji. Dziewczynka z matką weszły do kina, gdzie będą mieszkały około trzech tygodni…

Mieszkałam w kinie! Najprawdziwszym, prowincjonalnym kinie. Dwa pokoje na piętrze przeznaczono dla letników. Co dwa dni grano nowe filmy, a ja siedziałam w kabinie operatora i śledziłam snop światła, który na ekranie zamieniał się w obraz. Terkotał projektor, pachniało prażonym słonecznikiem i papierosami. Ludzie szeleścili papierkami cukierków, całowali się i… oglądali film. Czas płynął powoli i leniwie, a w mrocznej sali kina rozmywała się granica między realnością, a ułudą ekranowej fabuły. Po paru godzinach spędzonych w kabinie operatora wierzyłam, że świat to film…

Rano wyruszałyśmy z mamą w Złote Góry i zbierałyśmy grzyby. Brązowe, aksamitne łebki podgrzybków wyglądały jak hełmy armii maleńkich żołnierzy. Cóż to były za grzybobrania. Kosze uginające się pod ciężarem grzybów, leśne śniadania na omszałych pniach, pośród zapachu żywicy, gonitwy i nawoływania, wreszcie radosne powroty do kina. Po takich wyprawach w naszym oknie wisiało całe mnóstwo nanizanych na nitkę grzybów i powoli pokój wypełniał się ich zapachem. I tak aż do niedzieli, bo w niedzielę przyjeżdżał ojciec i grano nowe filmy…

Dziewczynka z matką wyglądały z okna pokoju na piętrze. Patrzyły na zalany słońcem Rynek. Około dziesiątej podjechał autobus, z którego wysiadł wysoki mężczyzna. Spojrzał na fasady otaczających plac kamieniczek. Dostrzegł okno na piętrze i dwie pary oczu między suszącymi się grzybami. Z okna przyglądały mu się kobieta i dziewczynka, uśmiechnął się i… już, już miał je obie w ramionach. Potem cały świat wirował i nie chciał przestać. Chodzili po parku zdrojowym, próbowali każdej wody chłonąc siebie nawzajem, bo trzeba się było napatrzeć, nasłuchać, namówić, nacałować, by czuć ciepło tej niedzieli przez cały następny tydzień…

Wieczorem zostawiałam moich rodziców w pokoju i pędziłam do kabiny operatora, grano przecież nowe filmy i… było tak, jak w kinie…

Teraz, niespodziewanie, w zupełnie innym, zimowym Lądku powróciło do mnie owo wspomnienie, jak kartka z wakacji odnaleziona po latach, jak stary dobry film. Dzisiaj nie ma już w Rynku kina, nie ma też wszystkich aktorów tamtego lata, bezpowrotnie przepadła beztroska tamtych chwil i pewnie inne grzyby rosną w lesie. Lecz jeśli potraktować Kotlinę jak baśń, to niewykluczone, że gdzieś ukryte drzwi do „świata wewnątrz świata” właśnie się uchyliły, za nimi odnalazłam tę zapomnianą historię i jeszcze wiele innych, czekających na narratora…

Kartka z Lądka

Przyjechałam do Lądka, tego ongiś królewskiego miasta, leżącego u podnóża Gór Złotych, by je fotografować. Jak prawie każde w Kotlinie, jest to miasto niezwykłe, o czym może świadczyć choćby jego pierwsza nazwa Landecke, tłumacząca się zgoła poetycko jako kąt kraju, może zakątek. W owym zakątku założono w początkach XIII wieku miasto, szczęśliwie usytuowane na zbiegu ważnych dróg handlowych – Starej Solnej Drogi, Kłodzkiej Drogi oraz trzeciej, wiodącej na Morawy przez Przełęcz Płoszczynę. Takie położenie dawało szybkie możliwości rozwoju i bogacenia się, co umożliwiały również liczne przywileje handlowe, jak bodaj najważniejszy – przywilej warzenia i sprzedaży piwa przez każdego mieszczanina. Przez wieki różnie „plotły” się dzieje miasta. Znaczyły jego historię wojny, zostawiając po sobie zgliszcza, nękali rozbójnicy siedzący w położonym nieopodal zamku Karpień, niszczyły pożary. Niejeden raz Lądek powstawał z popiołów.

Depcząc dzisiaj jego śliskie mokrym śniegiem uliczki, myślałam że przetrwał mimo tych klęsk, a nawet jakże często rozkwitał, dzięki skarbom ukrytym głęboko pod ziemią. To źródła życiodajnej wody sprowadzały do Lądka rzesze kuracjuszy, dzięki którym ów górski zakątek znany był w całej Europie. Zjeżdżały doń koronowane głowy, ludzie wpływowi i ważni, arystokraci i bogata finansjera, wreszcie artyści, najliczniej reprezentowani przez zespoły teatralne, dające przedstawienia w teatrze zdrojowym zaprojektowanym przez Karola Gottfryda Geisslera z Wrocławia, pod którego budowę kamień węgielny położyła królowa Luiza. Kiedy w połowie XVIII wieku przybył do Lądka na kurację ischiasu król pruski Fryderyk II, a po pomyślnym leczeniu wydał obywatelom Prus zakaz korzystania z uzdrowisk innych niż sudeckie, maleńkie miasteczko stało się jednym ze świetniejszych uzdrowisk ówczesnej Europy. W latach osiemdziesiątych XVIII wieku z dobrodziejstw tutejszych wód korzystał minister do spraw Śląska – graf Karl Georg Heinrich von Hoym. To właśnie jego pobyt ściągnął do zdroju licznych arystokratów. Bywanie w Lądku zaczynało być modne. Zjeżdżali tu Radziwiłłowie poznańscy oraz członkowie rodziny panującej w Prusach, w tym królowa Luiza. W 1813 roku w domu doktora Förstera mieszkał, przebywający w zdroju wraz z rodziną, król pruski Fryderyk Wilhelm III. W tym samym czasie, w domu hrabiego Joachima Maltzana gościł car Aleksander I. Możliwe, że w maleńkim, górskim zakątku prowadzili rozmowy decydujące o losach całej Europy.

Moje kroki głuchym echem odbijały się w podcieniach Rynku. Była ledwie dwudziesta, a miasto opustoszało. Okna, szczelnie zasłonięte gęstymi firanami, tylko pozornie chroniły mieszkańców przed ciekawością gapia z ulicy. Niebieskawe, syntetyczne światło, sączące się między ażurami firan, było znakiem, że siedzą przed telewizorami. Był czas karnawału, a oni ukryci w swoich mieszkaniach, anonimowi, zmęczeni trudami życia, zasypiali w świetle telewizorów. Niewiele lub zgoła nic mieli wspólnego z  miasteczkiem, o którym myślałam idąc do zdroju pośród wirujących płatków śniegu…

W tamtym Lądku szalała zabawa. Głównie w basenach zdrojowych, gdzie kobiety pojawiały się w strojach bardziej przypominających kreacje balowe niż kąpielowe. Gwar wesołych rozmów unosił się nad alejkami, którymi przechadzali się kuracjusze popijając wody. Umawiano się na wieczorne koncerty i przedstawienia, i flirtowano, flirtowano do granic przyzwoitości, a nawet dalej. Kuracjusze ówczesnego zdroju wywodzili się z różnych nacji, lecz nie miało to szczególnego znaczenia dla wzajemnych kontaktów. Wszak wszyscy byli obywatelami Europy, więcej ich łączyło niż dzieliło, bowiem jako spadkobiercy jednej kultury, wierni byli tym samym wartościom. Może właśnie dlatego Eliza Radziwiłłówna mogła w „Hôtel de Pologne”, będącym własnością wielkopolskiej linii rodu, założyć dostępną dla wszystkich bibliotekę uzdrowiskową, gdzie znalazło się wiele znakomitych polskich woluminów. Wszak wtedy miasto leżało w granicach Prus, a jednak jako zdrój miało międzynarodowy charakter i wielu w nim gościło Polaków. Dopiero po pierwszej wojnie światowej język polski coraz rzadziej rozbrzmiewał wśród spacerujących po promenadach kuracjuszy. Działo się tak, ponieważ odrodzenie  państwa polskiego spowodowało szersze zainteresowanie miejscowościami uzdrowiskowymi, położonymi w granicach nowopowstałej Rzeczpospolitej. Choć już nie tak często, ale jednak Polacy do zdroju jeździli, bowiem ciągle był to znakomity kurort europejski. Jakże się w nim czuli, kiedy w Rzeszy rodził się nazizm? Nie wiem, ale czasem myślę, że w Kotlinie, tej pogranicznej ziemi, na owych kresach, gdzie wszystko się miesza, każdy może znaleźć miejsce dla siebie. Wszak wielonarodowość jest kresów znakiem, jest wpisana w każde pogranicze…

Nocą wyszliśmy na spacer. Śnieg skrzypiał pod butami, a w ciemny granat nieba poutykane były gwiazdy jak bakalie w cieście. Kiedy szliśmy alejkami zdrojowego parku zdało mi się, że między drzewami pojawiły się sylwetki kobiet wiotkich i eleganckich, ubranych w fin de siecle‘owe toalety prosto z Paryża. Krążyły po parku w towarzystwie szarmanckich dżentelmenów. Ich szepty, rozmowy, perlisty śmiech odbiły się echem od starych drzew, zastygły na chwilę i wróciły do mnie, by… umrzeć w sekundzie. Na moment, przeszłość, o której tyle dzisiaj myślałam, stała się teraźniejszością. Za chwilę, była już tylko uroczą, zapomnianą fotografią ze starego albumu, pocztówką z Bad Landeck in Schlesien. Trzeba ruszyć dalej… Idąc w noc po pustym, lądeckim parku nie potrafiłam uwolnić się od owej przeszłości miasta, od myśli o ludziach, którzy ją tworzyli i odeszli w niepamięci …

Choćby pani Maria… Przy jej mogile stałam dziś rano… Maria Sierpińska, krewna doktora Aleksandra Orłowicza ordynującego w Lądku przez blisko trzydzieści lat, przybyła tu z Warszawy w końcu minionego stulecia. Razem z Orłowiczem pracowała w kierowanym przez niego zakładzie „Thalheim”. Po śmierci doktora, Maria wybudowała pensjonat „Polonia” przy obecnej ulicy Leśnej. Kontynuował on tradycję radziwiłłowskiego „Hôtel de Pologne”. W sudeckim kurorcie pełnił rolę polskiego salonu. Odbywały się tu spotkania Polaków, dyskutowano o polskich książkach, słuchano polskiej muzyki. Kres tej działalności położyli naziści. Obłożyli Sierpińską podatkami, powodującymi jej niewypłacalność, a pensjonat zajęli zmieniając nazwę na „Georgenhähe”. Jednak Marii pozwolono pozostać w jej dawnym domu. Mieszkała tu aż do zakończenia wojny. Po 1945 roku willa stała się własnością skarbu państwa. Dla wiekowej staruszki, tworzącej jej przesiąkniętą polskością przeszłość, nie było w niej miejsca. Nowi właściciele umieścili panią Marię w przytułku, tzw. Nowym Szpitalu, gdzie 30 marca 1950 roku umarła w zapomnieniu. Skazano ją na niepamięć, już za życia pogrzebano. Czyżby dlatego, że w niemieckim kurorcie jej dom rozbrzmiewał polskim językiem, pełen był polskiej myśli, polskich książek oraz rozdyskutowanych Polaków..?

Droga Mario! Byłaś przyjaciółką Stefanii Sempołowskiej, z którą w Warszawie prowadziłyście nielegalne polskie nauczanie. Gdy Stefanii groziło niebezpieczeństwo, oddałaś jej swój paszport, a sama udałaś się do niemieckiego Lądka, by stworzyć tu salon będący ostoją niezależnej myśli polskiej. Gdy wreszcie niemiecki Lądek stał się polski, władza pogrzebała pamięć o Tobie bardzo głęboko…

Prosty grób na nowym cmentarzu ufundowała Marii rodzina Matejczyków, którą Sierpińska otaczała troskliwą opieką. A więc nie wszyscy zapomnieli..?

Z zadumy nad drwiną historii wyrwała mnie rzeczywistość. Oto przed sobą zobaczyłam landszaft, wykreowany przez naturę kicz, aczkolwiek pozbawiony owej tandety, jaką takie obrazki dostają od człowieka. Znad orientalnej sylwetki domu zdrojowego „Wojciech” wylazł księżyc, ogromny, zupełnie okrągły. Dotknął światłem kopuły dachu, obsypując ją srebrem. Zaparło mi dech w piersiach, bo oto znalazłam się w krainie baśni z tysiąca i jednej nocy. Nagle w ów baśniowy kadr mocno weszła rzeczywistość, rozbijając jego cudną przestrzeń. Rozbłysły latarnie. W ich świetle, w tle, ujrzałam wielki, ohydny komin, pomalowany na biało i czerwono. Wypuszczał w niebo kłęby gęstego, siwego dymu…

Cały następny dzień snuliśmy się po mieście w siąpiącym deszczu, zamarzającym nam na włosach i rzęsach. Lądek wydał mi się mały, nędzny, szary. Nawet jakże nastrojowy, maleńki XVI wieczny, kamienny most z figurą św. Jana Nepomucena, zdał się przede wszystkim brudny. Kiedy wyjeżdżaliśmy z miasta przypomniał mi się fragment listu Zygmunta Krasińskiego do ojca. Mógłby być mottem tej podróży. 10 grudnia 1831 roku przebywający w Genewie Zygmunt pisał: „Przeszłość jest jedyną prawdziwą własnością człowieka, nic jej naruszyć ni odebrać nie potrafi, a co dzień wspomnienie, oddalając się od niej, w piękniejsze, łagodniejsze barwy ją wystraja.”

Kartki z Gorzanowa i Gór Bystrzyckich

Kartka z drogi do Nowej Morawy

– Gdzie byłaś tego dnia, gdy rozbuchana wiosna nagle wtargnęła w zimową rzeczywistość ciepłym wiatrem i słońcem tak złotym, że nie sposób w nie spojrzeć? Gdzie byłaś, że w oczach masz wspomnienie gęste? Powiedz, opowiedz!

-Byłam w górach najpiękniejszych, bo najdzikszych. Byłam w  Kotlinie najbardziej ciepłej i przytulnej, widziałam cudny kraj i dlatego serce mi się kołacze, a na rzęsach zastygło wspomnienie senne i odrealnione jak rzeczywistość, ledwie chwilę temu oglądana..

.

Kiedy Fiesta zatrzymała się w Kłodzku, a my bezradnie spojrzeliśmy w mapę wydało mi się, że będzie to wyjazd jak odkrycie, bowiem niczego wcześniej nie zaplanowaliśmy. Zapowiadał się prześliczny dzień. Lekka mgła otulała Kłodzko, a ponad nią królowało żółte, wiosenne słońce. Zdecydowaliśmy, że zaczynamy od pstrąga.

Do Nowej Morawy jechaliśmy doliną Białej Lądeckiej. Jeszcze trzy tygodnie temu płynęła sobie leniwie, wzdłuż drogi zasypanej mnóstwem śniegu. Teraz rwała i huczała, spieniona i zła, nie mogąc pomieścić się w swoim korycie. Była groźna i piękna. Mijane przez nas pola i góry, w kolorze starej sepii, grzały się w promieniach słońca. Jedynie wąskie, zielone pasy wzeszłych zbóż ozimych, rozcinały miejscami ów monochromatyczny krajobraz. Dojechaliśmy do Nowej Morawy zupełnie nie wiedząc, czy uda nam się zjeść wymyślonego w Kłodzku pstrąga. Wszak było jeszcze tak wcześnie. Jednak „nasza” pstrągarnia o każdej porze przygarnia zgłodniałych wędrowców. Tylko dla nas, tej słonecznej soboty, właścicielka otworzyła swoją knajpkę i usmażyła pyszną rybę z własnej hodowli. Pierwszy raz byliśmy tu, gdy zginął nasz pies. Wtedy też jedliśmy pstrągi, popijając piwem i słuchając opowieści o ogromnym kraju, oglądanym oczami przybysza, powoli stającego się jego mieszkańcem. Słuchając, mieliśmy smutne oczy wpatrzone w góry, po których może biegał nasz pies. A góry były piękne, mieniące się w południowym słońcu jedwabiem traw o wszystkich barwach soczystej, letniej zieleni. I też mieliśmy ochotę po nich pobiegać. Teraz pies siedział w Fieście, a my kończąc rybę postanowiliśmy jechać przed siebie, w głąb Kotliny, bowiem najistotniejsza bywa właśnie droga, samo wędrowanie i ślad, który po sobie zostawia, choćby w najbliższej frazie…

Ochlapaliśmy twarze w lodowatej Morawce, po czym radośnie zamruczał silnik odpalonego auta…

Kartka z Gorzanowa

Pomyślałam o pałacu w Gorzanowie. Uważany jest za jeden z najwspanialszych przykładów architektury całej południowozachodniej  Polski…

Z głównej drogi skręciliśmy w Mielniku, jadąc prosto w słońce jakieś trzy kilometry po czymś, co można by nazwać ścieżką, tyle że była pokryta resztkami asfaltu. To ten rodzaj dobrej, przedwojennej drogi, dzięki której można dojechać w Kotlinie w miejsca zupełnie dzikie. Jechaliśmy tą ścieżką, „nie-ścieżką”, zostawiając za sobą pola i dziwnie rzadkie lasy, podobne małpim gajom z dziecięcych rysunków. Czarne pnie drzew obrastały jeżyny i bluszcze, a ich liście lśniły, mokre od porannej rosy. Nagle, za wzniesieniem, zobaczyłam w dole panoramę wsi. Wyraźnie królowały w niej barokowa kopuła kościoła i wieża strzelista, czarna. Wjechaliśmy do Gorzanowa. Wieś położona w dolinie Nysy Kłodzkiej była biedna, szara i brudna, może nawet bardziej brudna niż inne, bo duża. Tynki budynków popękane, odpadały od ścian na dużych fragmentach. Gdzieniegdzie mijaliśmy mieszkańców o twarzach zmęczonych życiem, pustką, wykrzywionych beznadzieją.

Kiedy zobaczyłam pałac, położony wysoko na wzgórzu, stanęłam w osłupieniu. Był wielki, ogromny i tak bardzo, bardzo pusty. Nikomu nie służył, nikogo nie cieszył. Oto budowla z zupełnie innego świata, przypadkowo przeniesiona w rzeczywistość, z którą już nic jej nie łączyło. Niemy świadek innego czasu, wyrzut sumienia tych, co go rujnowali i nie zniszczyli do końca. Ledwie ślad dawnej rezydencji rodziny Herbersteinów, której sława ściągała do Gorzanowa licznych turystów. Ten czas na zawsze minął, odnaleźć go można jedynie na starych fotografiach i rycinach, jak choćby ta pochodząca z albumu Pompejusa, wydanego w 1836 roku, gdzie pałac przedstawiony jest wraz z całym założeniem parkowym i licznymi pawilonami. Nijak nie można przyłożyć owego sztychu do tego, co dzisiaj zobaczyłam w Gorzanowie. Po parku nie pozostało nawet wspomnienie.

Zamknęłam oczy. Rycina ze starego albumu nabrała barw i światła, mimo że istotą grafiki jest gra czerni i bieli. Gorzanowski ogród hrabiego Fryderyka rozkwitał kolorami róż posadzonych w jego kwietnej części, pachniał ziołami, nad którymi unosiły się roje pszczół. Cicho szemrała woda spływająca z parkowej fontanny. Zaś alejami, obrośniętymi wiecznie żywymi żywotnikami lub może bukszpanami, albo strzyżonymi cisami – dzisiaj nikt tego już nie wie, jakie rośliny tworzyły owe żywopłoty – więc tymi alejami przechadzali się goście gospodarzy, podziwiając efekty pracy ich ogrodnika. Inni chronili się przed słońcem w pobliskim nympheum, zwanym grotą – okrągłym pawilonie ogrodowym. Tam widzieli swoje twarze odbite w lustrze sadzawki, między nereidami, satyrami, trytonami i konikami morskimi. Ulegając iluzji lustra, mieli wrażenie realności owych postaci, a one były tylko dekoracją, wysmakowanym, figuralnym ozdobnikiem, być może mającym właśnie wywoływaniu złudzeń służyć… Wszak owo nympheum, Królikarnia, park, jego alejki, ogród różany i schody ozdobione kamiennymi rzeźbami, wszak wszystko to było tylko przywidzeniem, iluzją lustra przymkniętych w ostrym słońcu oczu…

Stałam na zzieleniałej ze zdziwienia trawie obrastającej wielki plac i skarpę, na której królował pałac bez okien, a więc bez oczu, bo mu je zamurowano, może po to, by nie widział co się stało z jego ogrodami. Weszliśmy na dziedziniec. Natarczywa myśl nie opuszczała mnie gdyśmy tam stali, że przecież ten pałac zupełnie nie ucierpiał w wyniku wojny. Rozkradziono go i rozszabrowano długo po jej zakończeniu, jeszcze w latach pięćdziesiątych hodowcy kupowali w gorzanowskich ogrodach przedziwne rośliny. Dzisiaj rezydencja Herbersteinów ma zamurowane wszystkie otwory okienne, wszystkie arkadowe galerie, drzwi pozamykane na grube kłódki, by oko ludzkie nie ujrzało choćby śladu działalności mistrzów włoskich, którzy na zlecenie hrabiego Fryderyka dokonali jej barokizacji. Herberstein musiał kochać gorzanowski pałac tak, jak kocha się  d o m, owo miejsce tak ważne, może najważniejsze w życiu każdego z nas. Pewnie dlatego zatrudnił do przebudowy znakomitych rzemieślników kierowanych przez Carla Lurago, którzy zajęli się głównie wnętrzami, wprowadzając doń nowe detale architektoniczne, bogatą dekorację stiukową i figuralną. Był to zespół znany ze swoich dokonań przy przebudowie zamku w Nachodzie. W jego skład wchodzili: sztukatorzy –  Domenico Rossi, Andrea Galii i Andrea Cyrus, rzeźbiarz – Carlo Serena, kamieniarz – Baptysta Spinetti oraz polier murarski – Baggio Verde. Przy wznoszeniu budynków gospodarczych pracował, zapisany w gorzanowskiej księdze chrztów, murarz włoski – Lorenco Nicella. Być może zespołem tym kierował przez jakiś czas Andrea Carove, jeden z lepszych włoskich architektów działających na ziemi kłodzkiej. Za zamurowanymi otworami zostały ślady ich pracy, niedostępne, szczelnie ukryte, jeśli jeszcze tam były?

Stałam, patrzyłam i nadziwić się nie mogłam… Ta wielka budowla, stojąca we wsi pełnej tradycji, wszak w XIX stuleciu działał tu nawet teatr, dla którego pisał przyjaciel Adama Mickiewicza, Karol von Holtei – poeta śląski, nikomu nie była potrzebna, nikogo nie obchodziła, nikogo nie wzruszała. W zrujnowanym i zdewastowanym parku, będącym kiedyś ogrodem francuskim, potem angielskim, snuli się smutni, gorzanowscy mieszkańcy. W ruinie nympheum urządzili sobie wychodek, pewnie sikali do sadzawki. Sikali na całą przeszłość, o której nie mieli pojęcia i smutną teraźniejszość, na wszystkie złudzenia i iluzje, bowiem przygniotła ich rzeczywistość, aż do bólu, aż do otępienia. Wokół unosił się zapach moczu…

Usiedliśmy na zwalonym pniu drzewa, które póki żyło, było pomnikiem przyrody. W ciszy tego wiosennego południa myślałam o paradoksach rzeczywistości, o tym że życie toczy się gdzieś obok, w świecie neonów i biznesu, podczas gdy tutaj piękno niszczeje i umiera.

Ostatnie spojrzenie na gorzanowski pałac i jedziemy dalej… Wtuliłam się głęboko w miękki fotel auta. Pałac odrealniał się, jego kształty rozmywały się w mijanym pejzażu. Jeszcze chwila i będzie tylko fragmentem scenografii, nijak nie pasującym do odgrywanego przedstawienia. Wtedy pomyślałam, że jedynie z duchami mistrzów włoskich, niemieckich grafów, poetów warto by było pogadać, bowiem oni Kotlinę kochali za życia, a teraz pewnie się gdzieś po niej plączą i gorzko płaczą…

Kartka z Gór Bystrzyckich

Kiedy Fiesta ruszyła, nasza podróż zaczęła się od nowa. Wzięliśmy kierunek na Międzylesie, skąd mieliśmy pojechać w Góry Bystrzyckie.

Pierwszy raz przejechałeś je sam, podążając za WILKIEM . To on sprawił, że zapragnąłeś mnie tu przywieźć. Kiedyś, dawno temu traktował te góry jak dom. Gdy postanowił ruszyć na Daleką Północ, zostawił nam ową krainę w spadku – Tobie do kochania, mnie do opisania, bowiem zapisać znaczy sprawić by to, co opisane przetrwało na zawsze. Zapisać znaczy też zrozumieć, dotrzeć do wnętrza, odkryć to, co najistotniejsze. Więc wieziesz mnie w owe Bystrzyckie Góry, może po to, bym odnalazła wilczą tropę, a szukając wydeptała własną i może jeszcze po to, bym zrozumiała czemu właśnie tu WILK czuł się jak w domu, czemu Ty czujesz się tu jak w domu..?

Minęliśmy przejazd kolejowy w Międzylesiu, za którym droga stara i dziurawa, bo pewnie od niemieckich czasów nikt jej nie reperował, poprowadziła nas w górę. Każdy zakręt był niewiadomą, bowiem o tej porze roku trudno drodze zaufać, w każdej chwili może okazać się nieprzejezdna. Dojechaliśmy do Lesicy i już wiedzieliśmy, a może bardziej czuliśmy, że pojedziemy dalej. Spojrzałam w prawo – Góry Bystrzyckie były łaciate jak krowy. Plastry śniegu przylepione do zboczy odbijały promienie słońca, iskrząc się niemiłosiernie. Zmrużyłam oczy – nie dało się patrzeć. Wróciłam do drogi… Gdzież ona była? Jechaliśmy rwącym potokiem, pełnym błota, resztek śniegu i czerwonej gliny, bryzgającej spod kół. Powoli, jak czołg, wdzierałeś się w ową przestrzeń, a moje oczy przywykły do słonecznego światła…

Lesica spała, jeszcze nie obudziła się z zimowego snu. Jedynie ogromne, świeżo ścięte drzewa, bezładnie porzucone wokół tutejszego tartaku, świadczyły o tym, że w tygodniu toczy się tu życie. Drwale i tartaczni pracują. Jednak nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że ich czas mija powoli, płynie innym, sobie tylko znanym, rytmem. Cała Kotlina poddaje się owemu zwolnieniu, jej czas puchnie, zawraca, prowadzi labiryntami dawno przebrzmiałych historii i znowu wraca, i znowu zwalnia… Jakże często miałam wrażenie, że ów czas rządzi się prawami snu…  Wyjechaliśmy z Lesicy, a jedynym świadkiem, żeśmy jechali była kamienna Pieta. Od lata pochyliła się ku ziemi. Czy w przyszłym roku będzie tu jeszcze stała, czy też rozsypie się na kawałki, których już nikt nie poskleja, bo część z nich spłynie z topniejącym śniegiem w wody Dzikiej Orlicy, część przykryje ziemia, a resztę później trawy porosną..?

Jechaliśmy do Niemojowa mając wrażenie, że Orlica, pełna brunatnej, spienionej wody, zmieniła swój bieg. Szeroka i fantastycznie dzika płynęła w odwrotnym kierunku! Czyżby to napierające z gór potoki posiadały taką siłę, że aż zawróciły rzekę ? Cóż – myślałam –  tu wszystko jest możliwe. Brzozy cienkie jak witki, stojące wzdłuż drogi, kłaniały się nam pochylone i zapraszały dalej. Patrzyłam na Góry Bystrzyckie, zamykające Kotlinę od południowego zachodu. Za rzeką widziałam Czechy, czeskie dacze, wieże kościołów, czeskie Orlické Hory. A wszystko to był świat jednej i tej samej doliny, podzielonej rwącą rzeką, na której człowiek wymyślił granicę, a co więcej zabronił ją swobodnie przekraczać. A przecież wystarczyło pobrodzić w zimnej wodzie, by znaleźć się po drugiej, obcej, tylko z nazwy, stronie. Granica, biegnąca wzdłuż górskiej rzeki, spowodowała, że ziemia którą dzieliła na pół, stała się ziemią niczyją, a Góry Bystrzyckie jednym z najbardziej wyludnionych terenów w Polsce. Tu przestały istnieć całe wsie, zaś zamieszkałe domy można policzyć na palcach, może nie jednej, ale dwóch rąk. Po ostatniej wojnie świadomie nie zaludniano tych terenów, bojąc się niekontrolowanych kontaktów, wymiany myśli  i poglądów. Każde żywe pogranicze, a więc zamieszkałe, prędzej czy później staje się niepokorne i niewygodne… To oddano owcom, które przywożono tu z Podhala na wypasy, ale one nie chciały jeść tutejszej trawy. Widać nie bardzo im smakowała, a może wyczuły jakąś samotną wilczą tropę. Wszak owce boją się wilka, więc wypasy upadły.  I tak ziemia zdziczała, domy pamiętające dawne czasy rozsypały się, umarły, wkrótce porosły je drzewa, a ludzie..? Ludzie wyjechali gdzieś daleko i tylko wiatr szepce o nich w ruinach. Dzisiaj przemierzamy ową pustą przestrzeń dzięki drodze, będącej ledwie śladem zupełnie innego, cywilizowanego świata.

Wjechaliśmy do Niemojowa. Patrząc na ruiny dworu obronnego dawnych sołtysów wsi oraz na okaleczoną elewację ogromnego kościoła Nawiedzenia Najświętszej Marii Panny, zapragnęłam choćby na chwilę zajrzeć pod podszewkę tamtego, nieistniejącego świata… Trzeba więc było zawrócić wraz z czasem, co czasem się udaje…

Na początku wśród gór i lasów powstał dwór myśliwski Worlitz. Może strzegły go wilki, póki ich myśliwi stąd nie wypłoszyli. We  dworze zatrzymywali się na polowaniach, tocząc hałaśliwe dysputy łowieckie. Wśród nich niekiedy pojawiali się nawet cesarze, jak choćby Maksymilian II, który strzelał tu w towarzystwie Rudolfa II. Spłoszonym zwierzętom nie robiło różnicy z czyjej ginęły ręki, zostawiły więc owe góry i lasy ludziom. A oni założyli wieś. Nim jednak powstała, jak to ludzie, wiedli spory o prawa do tej ziemi. Przygraniczne położenie sprawiało, że zarówno panowie czescy jak i mieszkańcy Hrabstwa Kłodzkiego czuli się tu jak u siebie. Kiedy cesarski nadleśniczy hrabstwa  Leonhardt von Veldhammer powołał do życia Marienthal / dzisiejszy Niemojów / przynajmniej prawnie spory ustały. Odtąd wieś leżała w granicach hrabstwa i niewiele czasu minęło kiedy stała się wolnym sołectwem…

Weszliśmy na dziedziniec dworu dawnych sołtysów, brodząc w mokrym, ciężkim śniegu. Na szczycie jedynej ocalałej, kamiennej ściany, w marcowym słońcu grzały swoje szare piórka wróble – ostatni lokatorzy  ruiny. Przysiadłam na suchym fragmencie muru i zmrużywszy oczy wystawiłam myśli na słońce… A więc to jest ów dwór wolnych sołtysów, panów na tej ziemi, którzy sprawili, że wzniesiona przez nich budowla była podziwiana w całym hrabstwie, głównie za arkadowe, renesansowe krużganki, których być może zazdrościli im nawet kłodzcy mieszczanie. Pośród dziewiczej przyrody wznieśli dom pełen przepychu i bogactwa. Nad portalem dumnie widniały tablice inskrypcyjne oraz kartusze herbowe, by odwiedzający to miejsce już od wejścia wiedzieli w czyje progi przybywali. Patrząc na nieliczne, zachowane, przedwojenne zdjęcia nie trudno zrozumieć, dlaczego dwór niemojowskich sołtysów był uważany za jeden z piękniejszych budynków renesansowych kłodczyzny. A zważywszy, że przy dworze założono gorzelnię i browar musiało toczyć się tu wesołe życie. Echa tego życia docierały w najodleglejsze zakątki Kotliny. Bogacącą się wieś, posiadającą własny kościół i szkołę, i młyn wodny, i wapiennik, i olejarnię, i tartak, własne przejście graniczne i nawet własny podurząd celny, coraz częściej odwiedzali turyści, także czescy, którzy docierali tu przez kamienny most na Orlicy. Uroki jej odkrywali zwłaszcza zimą, kiedy panowały tu znakomite warunki śniegowe. Była połowa dziewiętnastego stulecia, kiedy właściciele dawnego dworu sołtysów zdecydowali, że odtąd będzie on gospodą. Już wkrótce cieszyła się dobrą sławą i renomą wśród odwiedzających ją narciarzy, którzy po całodziennym szusowaniu chętnie grzali się w cieple jej wnętrza…

Ostry wiatr, odbiwszy się od zmurszałego muru ściany, wtargnął na dziedziniec, rozwiewając moje myśli po nieistniejących zakamarkach dworu. Rozniósł je w przeszłość, bezpowrotnie utraconą. Cisza panująca dokoła przypominała o tamtym, najodleglejszym czasie, kiedy owa wieś była krainą zwierząt. Spojrzałam na wróble. Buszowały teraz w koronie dzikiego bzu, zajadając jego zeszłojesienne, zmarznięte jagody. A więc miały tu nie tylko dom, ale i gospodę…

Ruszyliśmy do kościoła. Niestety drzwi były zamknięte. Na zewnętrznej ścianie ujrzałam sześć kamiennych nagrobków sołtysów, a pomiędzy nimi nagrobek Leonhardta von Veldhammera. Trochę, trudnych do odczytania liter i rozpadająca się, zapomniana siedziba, zawładnięta przez wróble – to wszystko, co po nich zostało…

Kiedy wyjeżdżaliśmy z Niemojowa, ze wzgórza pod kościołem, smutno patrzyły na nas oczy dwóch, wyrzeźbionych w kamieniu  postaci, jedynych świadków dawnej, bogatej przeszłości. Między jednym, a drugim zakrętem naliczyłam dwanaście ruin domów. Nauczyłam się je wyłuskiwać z krajobrazu Kotliny. Tam, gdzie nagle pojawiają się charakterystyczne sylwetki drzew owocowych, tam na pewno był dom. W lecie także pokrzywa, wysoka i bujna, naprowadza na ślady nieistniejącego już życia. Dojechaliśmy do Rudawy, ciągle nie mogąc nacieszyć się drogą, tym że tu jesteśmy, że jest tak pusto, dziko, i że jeszcze trochę soboty nam zostało, zaś  niedziela przed nami. Byliśmy już bardzo głodni, kiedy wypatrzyłam z drogi zadziwiający parking. Położony był nad trzema, kaskadowo opadającymi, sztucznymi zbiornikami wody. Wiodła doń droga, wzdłuż której ustawiono kilka stylowych latarni. Wjechaliśmy. Obok parkingu, niewidoczny z drogi stał dom, cały szalowany drewnem zaś stylem nawiązujący do budownictwa sudeckiego. Ciekawe, czy to prywatna chata, czy może motel albo pensjonat – zastanawiałam się wysiadając z auta – bo jeśli motel, to niewykluczone, że będziemy mogli spędzić tu noc… Nie, na pewno prywatny… Rozejrzałam się dookoła. Niebo różowiało na zachodzie, zapowiadając rychły koniec dnia. Cienie smukłych, czarnych świerków kładły się do snu na łagodnych zboczach Bystrzyckich Gór. Nagle nad sobą usłyszałam szum ptasich skrzydeł. Leciały przedziwnym kluczem, szukając miejsca na nocleg. Ich dziki, przejmujący krzyk wypełnił ciszę panującą dokoła. Łososiowe niebo powoli czerwieniało. Tymczasem wieczorny mróz szronił  i srebrzył ów niczyj świat, by uczynić go jeszcze piękniejszym o świcie…

Twoje słowa dotarły do  mnie z daleka. Jesteśmy na terenie pensjonatu „Jędruś” i możemy spędzić tu noc. Uszczypnęłam się i przetarłam oczy… Przez chwilę miałam wrażenie, że to wszystko mi się śni. Nijak nie przystawał do owych dzikich, opuszczonych gór luksusowy parking oświetlony miękkim, żółtym światłem latarni i ogromny dom, cały z drewna. Skąd na tym bezludziu tyle luksusu? Przecież tu nikt nie przyjeżdża? Komu to wszystko miałoby służyć..? Zostawiłam moje pytania na mrozie i weszliśmy do środka. Okazało się, że jesteśmy jedynymi gośćmi pensjonatu, że możemy dostać pokój z widokiem na zachód oraz z mansardową ścianą i  nikomu nie przeszkadza, że chcemy w tym pokoju spać z naszym dużym, ale przecież domowym psem, że jest tu czysto i ciepło, a za barem – miła pani, która przygotuje nam coś gorącego, a wcześniej…

-Może drinka na rozgrzewkę, robi się bardzo zimno..?

-Dwa razy „Krwawą Mary”, poproszę – odezwałeś się niespodziewanie.

Czekając na zamówioną wątróbkę, wpatrywałam się w okno. Było już szaro, dzień naprawdę się kończył. Przyglądałam mu się poprzez soczewkę dna szklanki, zastanawiając się czy krwawoczerwony pas, linia o rozmazanym, miękkim konturze – to był ostatni ślad słońca na horyzoncie, czy może zamówionej przez ciebie „Maryśki”? Owa linia miękła i miękła, by w sekundzie rozpłynąć się w nicość. Zapanowała ciemność, w której realna była jedynie szklanka, odbijająca teraz kolorowe barowe światełka. W ich świetle ujrzałam całą naszą dzisiejszą podróż: ogród hrabiego Fryderyka, niemojowski dwór sołtysów, ową chatę, parking, pokój z mansardą oraz panienkę za barem, nie bardzo wiedząc czy to złudzenie, czy rzeczywistość..?

W pokoju dopadły mnie pozostawione na mrozie pytania. Rozłożyłam mapę Gór Bystrzyckich. W informatorze turystycznym, umieszczonym na jej drugiej stronie, Rudawa nie istniała. Nikt nie napisał, że znajduje się tu jakaś baza noclegowa. Dlaczego? Dla kogo więc wybudowano „Jędrusia”? Może miał być prominenckim ośrodkiem, dostępnym nielicznej grupie ludzi, co tłumaczyłoby ów tajemnicą okryty fakt jego istnienia. Takie ośrodki, nieistniejące na żadnej mapie, widziałam w Wolińskim Parku Narodowym. Może… Zresztą, któż to dzisiaj wie..? A może „Jędruś” to tylko moja projekcja, przywidzenie, jak kwietny ogród Herbersteina. Nie, wszak go dziś widziałam – myślałam zasypiając…

Zbudziłam się o piątej rano, bo wymarzyłam sobie dla zdjęć świt. Wyszliśmy prosto z ciepłego snu w oszroniony świat, pełen mrozu, lodu i powietrza wdzierającego się w gardło jakże świeżym chłodem. Zostawiłam Cię przy aucie, bo ono się zbuntowało i nie chciało zapalić. Szłam w górę, drogą prosto do świtu. Ledwie znaczył swoją obecność bladym, prawie białym światłem, lecz w każdej sekundzie przybywało go więcej i więcej. Ręce mi kostniały, gdy kręciłam pokrętłem światłomierza,  wskazówka nawet nie drgnęła. Już tak jasno, a jemu ciągle ciemno. Patrzyłam na siwo-niebiesko-różwą mgłę w dole, nad Orlicą i na bajkowo oszronione drzewa. Kołował nad nimi jastrząb, nieruchomiejąc, co chwila, w gęstym od mrozu powietrzu. Czyżby już ruszył na polowanie? Obserwowałam go długą chwilę. Był nie tylko piękny i szybki, był też groźny i władczy, bowiem był jedynym panem tej ziemi, odkąd wilki przestały tu bywać, a dzieło wolnych sołtysów rozsypało się w ruinę. Ruszyłam dalej. Przede mną świt rozlewał się już ciepłym, żółtym światłem, podświetlając krągłe sylwetki gór. Z tyłu, za mną, na granatowym jeszcze niebie, wisiała wielka gwiazda, ostatnia widoczna tej nocy. Moja samotność na tej drodze, cisza jak się nie zdarza, moje do świtu wędrowanie i ten cudownie piękny, pełen ruin, świat dookoła – wszystko to sprawiło, że zapragnęłam aby ów landszaft trwał wiecznie, chciałam tak iść i iść, by wreszcie trafić do… może po prostu – do siebie… Tak więc ta droga się nie kończy, znowu pojadę do Kotliny wędrować z aparatem do świtu…

Kartka z Gór Stołowych

Pamiętasz, wybieraliśmy się nad morze. Nie mogłam zasnąć i w myślach wędrowałam po wiosennej  Kotlinie. W jej ruinach za moment zakwitną dzikie czereśnie i śliwy, wśród mokrych traw, nad brzegami rzek, żółto zapłoną kaczeńce, młoda zieleń okryje odsłonięte górskie zbocza, powietrze wypełni się głosem ptaków wracających po zimie do swoich gniazd, a wieczorami góry otuli miękki welon mgły. W tym czasie my będziemy spacerować  pustą plażą, pełną piachu i morza po horyzont… Wstałam i zbudziłam Cię w środku nocy, bowiem zamarzyła mi się podróż na do widzenia. Musiałam, chyba bardziej chciałam niż musiałam, pożegnać się z Tobą Kotlino…

Ty jesteś szalona..! – powiedziałeś przecierając pełne snu oczy

-Dokąd chcesz jechać?

-Wejdziemy na Szczeliniec…

-Na Szczeliniec? Przecież tam pełno ludzi…

-O tej porze na pewno jest pusto…

Już za chwilę jechaliśmy w noc, aby przed świtem zdążyć wejść na Szczeliniec Wielki. Zdało mi się, że spotkanie dnia na jego szczycie będzie przeżyciem magicznym, nagrodą za zmęczenie po nieprzespanej nocy. Wszak w dawnych czasach ową, okrytą tajemnicą, górę zamieszkiwały kultowe duchy i demony oraz inne nieziemskie istoty. Kiedy tutejsze szlaki zaroiły się ogromną masą turystów, czary gdzieś przepadły, bowiem to, co cudowne i tajemne nie może być publiczne. Zwykle więc w naszych wędrówkach omijaliśmy Góry Stołowe – rozwrzeszczany tłum odstraszał i zniechęcał. Szczeliniec był najbardziej wydeptaną, najbardziej zbezczeszczoną i zaśmieconą górą Kotliny. U jej podnóża rozkwitał jarmarczny, pamiątkarski handel, smażono tłustą kiełbasę, a by wejść na szczyt trzeba było kupić bilet wstępu. To była karykatura obcowania z naturą, w której nigdy nie mieliśmy ochoty uczestniczyć, bowiem nasza Kotlina była pusta i dziewicza. Taką ją odkrywaliśmy i tylko takiej chcieliśmy doświadczać. Pomyślałam więc, że jedynie nocą i o brzasku dnia można spróbować otrzeć się o tajemnicę Szczelińca, jeśli jeszcze tam była, gdyż tylko wtedy można przejść go w samotności…

Gdy na parkingu w Karłowie wypinałam się z pasa, miałam wrażenie, że za Szczytną przekroczyliśmy granice rzeczywistości i wjechaliśmy w świat nierealnej, baśniowej przestrzeni. Z szerokiej, międzynarodowej trasy wiodącej na przejście graniczne w Kudowie, skręciliśmy w wąską dróżkę, wijącą się między świerkami, których igły mieniły się oświetlone srebrnym światłem księżyca. Nad nami czernił się pas nieba, gdzie gwiazdy, rozsypane jak diamenty z rozerwanego naszyjnika, układały się w przedziwne figury. Zostawiliśmy za sobą świerkowy las i dojechaliśmy pod Fort Karola, skąd widać pierwsze zagrody Karłowa. Łąki w dole miały srebrnoszary odcień, zaś w czarnych koronach drzew kołysał się powoli wiatr, delikatnie budząc je ze snu.

Karłów spał jeszcze mocno, gdy ruszyliśmy w kierunku schodów prowadzących na kamienne plateau. I tylko drzewa już rozbudzone patrzyły na nas, pewnie zdziwione, żeśmy tu w ciemnościach przybyli. Stąpaliśmy cicho, bojąc się zakłócić nastrój tej przedziwnej nocy. Przed nami księżyc migotał w skałach kamiennego miasta sprawiając, że wszystko co widziałam zdało mi się nierealne, jak wspomnienie sennego marzenia, które nad ranem zderza się z jawą. Las pod skałami ożył. „Zaludnił” się korowodem duchów starych drzew, szepczących o księżniczce uwięzionej w skałach przed wiekami. Tuż nad naszymi głowami szumiały historię miłości Ducha Gór – Liczyrzepy do młodziutkiej księżniczki Emilki, pochodzącej z ciepłego słońcem, egzotycznego Południa.

Starzec Liczyrzepa pokochał Emilkę miłością wielką i szaloną. Brzydki i pokraczny pragnął jej z całego serca. Pewnego dnia zszedł ze Śnieżki w Karkonoszach i ruszył do królestwa ojca Emilki, by prosić go o rękę córki. Stary król nie chciał oddać swego jedynego dziecka Liczyrzepie, wszak znając jego potężną moc i bojąc się gniewu Ducha Gór pozostawił decyzję córce, licząc że może przyjmie te zaskakujące oświadczyny. Kiedy księżniczka zobaczyła zalotnika, ogarnął ją strach i przerażenie, których nie potrafiła ukryć. Bała się Liczyrzepy oraz samotnego życia z nim pośród śniegów Karkonoszy. Nie przyjęła oświadczyn, odrzuciła miłość  potężnego Ducha, a bojąc się jego zemsty, nakłoniła ojca by z karawaną ruszyli w nieznane kraje, uciekając jak najdalej od tego budzącego grozę starca. Odmowa księżniczki mocno zraniła serce Władcy Gór i wzbudziła w nim wielki gniew. Zadrżały góry w posadach, poruszone jego złością. W cztery strony świata rozesłał służące mu trolle. Już wkrótce doniosły swemu panu, że księżniczka Emilka wraz z cała świtą wędruje na Północ. Ruszył Liczyrzepa za karawaną i w miejscu, gdzie dzisiaj otwierają się przed przybyszem mury kamiennego miasta na Szczelińcu Wielkim, mocą swych czarów uwięził pomiędzy skałami Emilkę oraz cały jej dwór wraz ze zwierzętami, zamieniając wszystkich w głazy. Sam zaś, zasiadł na wielkim tronie, w samym sercu kamiennego miasta i pilnuje ukochanej do dziś. Wędrowcy przybywający na Szczeliniec o świcie mogą usłyszeć płacz młodziutkiej księżniczki i straszny, okrutny śmiech Liczyrzepy, którego oczy patrzą z różnych szczelin i głazów śledząc licznie przybywających na górę turystów.

Owa opowieść, ciemność dokoła, fantastyczne skały Szczelińca przed nami – wszystko to sprawiło, że poczułam się jak Julia Pole, a ty? Ty towarzyszyłeś mi w tej wędrówce, jak w każdej innej, jak jej towarzyszył Eustachy Scrubb. Oboje byli bohaterami „Srebrnego krzesła”, jednej z narnijskich kronik Lewisa, czytanych naszej Goszce przed zaśnięciem. Jest to przepiękna opowieść o podróży na Północ, przez kamienne miasto, aż do krainy podziemia. Owa podróż miała miejsce w Narni, kraju leżącym poza naszą czasoprzestrzenią. Dotrzeć do niego mogą jedynie ci, którzy dzięki sile swych marzeń potrafią przekroczyć granicę realności, by wejść w cudowną przestrzeń międzyświatów, bowiem Narnia leży w obszarze wyobraźni. Jak pisze Lewis, wiele jest tajemnych przejść prowadzących z naszego świata do owej krainy. Czasem  aby się tam znaleźć, wystarczy otworzyć drzwi starej szafy, czasem wpatrzyć się w obraz, przedstawiający narnijski pejzaż, mocno tak, aż do wniknięcia weń, a czasem… przejechać niewiele ponad sto kilometrów szosą, w ciemności… Jednak zawsze jest jeden warunek – by tam wejść trzeba uwierzyć, że jest to możliwe i bardzo chcieć, by się tak stało…

Tej nocy błądziliśmy po Narni, weszliśmy w baśń, bo uwierzyliśmy. Bohaterowie Lewisa – Julia i Eustachy, przemierzający niesamowite przestrzenie, pełne fantastycznych stworzeń, wędrowali do Podziemia, by uwolnić z mocy złych czarów królewicza Riliana. A my..? My szliśmy uwolnić księżniczkę Emilkę. Narnijska para otrzymała tajemne znaki, dzięki którym pokonali czary, a ich przedziwna, pełna przygód podróż zakończyła się sukcesem. Nas prowadziły duchy starych drzew…

Musicie wejść do kamiennego miasta o świcie i bardzo cicho podejść do Tronu Pradziada. Gdy już się tam znajdziecie, spróbujcie opowiedzieć Liczyrzepie długą i ciekawą baśń, może właśnie tę o podróży Julii i Eustachego… Duch Gór ubóstwia baśnie. Słuchając jej zamknie wszystkie swoje oczy i uśnie. Wtedy czar pryśnie, a księżniczka na Wielbłądzie wraz z całą  karawaną, odjedzie na daleką Północ. Wy zaś, by uchronić się przed gniewem Władcy, musicie  najkrótszą drogą opuścić górę. Jest takie tajemne zejście. Za Słoniem trzeba przejść pod drewnianą barierką i chwilę iść prosto, by trafić na schody. One sprowadzą was na dół… To wszystko. Idźcie więc, by zdążyć przed świtem. Nie zatrzymujcie się i pamiętajcie o znakach. Bowiem jeśli ulegniecie urokowi wschodzącego słońca i przystaniecie,e by podziwiać pejzaże, Liczyrzepa dojrzy was i siłą swych czarów sprawi, iż zapomnicie o znakach, oraz o wszystkim, co tu usłyszeliście. Zapamiętajcie znaki, one was poprowadzą…

Ruszyliśmy schodami w górę, cały czas starając się pamiętać o wszystkim, co usłyszeliśmy. Jednak im wyżej byliśmy, tym bardziej wpatrywaliśmy się w niebo, powoli nabierające światła… Kiedy stanęliśmy na szczycie, zupełnie zapomniałam o nauce starych drzew zapatrzona w cuda dziejące się dokoła. Barwą dominującą był szaroróżowy błękit. W dole pod sobą mieliśmy mlecznoniebieskie góry, nakrapiane światełkami okien budzących się ze snu domów. Przed nami czarne skały Szczelińca odcinały się mocnym konturem od różowobłękitnego nieba, na którym błąkały się pojedyncze, samotne gwiazdy. Nad głowami widzieliśmy smugi łososiowokremowych chmur, spod których wyzierały pierwsze promienie wstającego słońca.

Staliśmy jak oniemiali, wrośnięci w ziemię i zupełnie nie wiedzieliśmy, czy góry w dole odbijają światło gwiazd i nieba, czy też światełka domów w dole odbiły się w niebie. Gwiazdy były wszędzie: nad nami i pod nami, a my zastygliśmy w owej gęstej, wypełnionej ciszą, mlecznoróżowej przestrzeni, która istniała poza światem, a może była po prostu międzyświatem…

Podniosłam aparat do oczu, wierząc że uda mi się uwiecznić to, co widziałam, na plastikowej rolce filmu. Jakże pragnęłam zamknąć ów świat w oku kamery, zatrzymać go na zawsze… Dźwięk otwieranej migawki zabrzmiał dziwnie obco i głośno… Nagle przypomniałam sobie o znakach, o księżniczce, o Liczyrzepie, lecz było już za późno. Oczywiście, mimo usilnych poszukiwań nie odnaleźliśmy Władcy Gór, nie odczarowaliśmy zaklętej księżniczki…

Wędrując, tuż po wschodzie słońca, labiryntem Szczelińca widzieliśmy kamienne zwierzęta i postacie z orszaku Emilki. Smutno patrzyły na nas Mamut, Małpka, Wiewiórka, Kwoka, Sowa, Słoń, Pies oraz sama księżniczka i jej królewski ojciec. Zaś w Piekle dostrzegłam Oczy Liczyrzepy patrzące na nas z drwiną. Nie znaleźliśmy też ukrytych za Słoniem tajemnych schodów. Cóż, pozostawało wracać tą samą drogą…

Schodząc ze szczytu miałam wrażenie, że nie my pierwsi byliśmy tak zuchwali, iż śmieliśmy pomyśleć o wyprowadzeniu w pole Wszechwładnego Ducha. Być może myślał o tym Wolfgang Goethe, który w sierpniu 1790 roku stanął na szczycie Szczelińca. Może myśleli o tym pisarze i poeci czescy: Božena Němcova, Alois Jirásek czy Karel Čapek, a może polscy Anna Nakwaska i Zygmunt Bogusz Stęczyński. Wszak owa piękna baśń o kamiennej księżniczce oraz dziewicza wówczas przyroda kamiennego miasta, mogła  poruszyć ich wrażliwe dusze. Również John Quincy Adams, późniejszy prezydent Stanów Zjednoczonych Ameryki, został zauroczony przez ową górę, o czym pisał w liście do brata. Pewnie też sołtys i oberżysta z Karłowa – Franz Pabel – pierwszy przewodnik po Szczelińcu Wielkim oraz budowniczy schodów, prowadzących do kamiennego miasta, myślał o uwolnieniu Emilki. Chociaż dzisiejsi mieszkańcy Karłowa powiadają, że za daleko mu było do szkoły, więc skracał sobie drogę chodząc przez Szczeliniec. Później, już jako dorosły, dla wygody turystów, zbudował schody…

-A to wszystko o Emilce… to, proszę pani, tylko legenda, tylko baśń, nic więcej. Kto by wierzył w takie rzeczy..?

Cóż, ja jednak wierzę, bowiem wolę widzieć obok siebie rzeczy niezwykłe. Wtedy życie staje się ciekawsze, pełniejsze. Są pewnie i inni, co też wierzą…

Może więc tobie, nieznany wędrowcze, który pewnego dnia staniesz na owym zaczarowanym, kamiennym plateau o świcie, uda się to, co jeszcze nikomu się nie udało… Księżniczka uwięziona w skałach wciąż czeka…

W cieniu Szczelińca Wielkiego ukryła się druga góra, może jeszcze bardziej cudowna, bardziej magiczna, ciągle dzika i dziewicza. Jeśli więc barbarzyńcy zadepczą Szczeliniec doszczętnie, już tylko tam będzie można się wybrać na poszukiwanie czarów, a także odnaleźć i ujrzeć swoiste theatrum mundi. Dlatego właśnie nie będę o niej opowiadać…

Kartki z Gór Bialskich

Kartka z Bielic

Tuż po południu ruszyliśmy do Bielic, aby wziąć udział w uroczystej Mszy Świętej Trójjęzycznej oraz odsłonięciu i poświęceniu płyty upamiętniającej Michała Klahra Starszego – rzeźbiarza, który trzysta lat temu tu właśnie się urodził.

Szybko mijaliśmy przydrożne wsie, drzewa i pola. Przy drodze wszechwładnie panowała majowa zieleń oraz złoto kwitnącego rzepaku. Słońce ogrzewało nam plecy i ciepło dotykało skóry rąk przez otwarte okna Fiesty. Milczeliśmy patrząc na drogę i każde z nas było zatopione w swoich myślach, być może wspomnieniach.

Kolejny już raz kłodzkie drogi prowadzą mnie do Bielic… W miejscu, gdzie dolina Białej Lądeckiej przepięknie się rozchyla, leży cudna wieś, którą niegdyś zwano Biela. Wije się bielicka droga miedzy Górami Bialskimi i Złotymi, aby doprowadzić do miejsca, skąd dalej można pójść tylko pieszo, aż do Puszczy Jaworowej i przez granicę do Czech. Jest to jedna z tych wsi Kotliny, leżących na „końcu świata”. Wąskim lejem wciśnięta miedzy otaczające ją góry, daje swoiste poczucie bezpieczeństwa i izolacji. Jakże często miałam wrażenie, że można się tu ukryć na zawsze.

W mojej biografii Bielice zajmują miejsce szczególne. Wiele razy prowadził mnie tutaj los, znacząc najważniejsze i najszczęśliwsze momenty życia. Pierwszy raz byłam tu podczas, jakże istotnych dla mnie, wakacji. Właśnie miałam za sobą maturę oraz świeżo złożony egzamin na studia. Nie wiedziałam czy zostanę studentką, bowiem tuż po egzaminach wyjechałam w góry. Atmosferę tamtego lata tworzyło obcowanie z naturą i… czekanie. Bielicka przyroda żyła i tętniła podobna tej, jaką w opowiadaniach opisał Bruno Schulc. Świat puchł od upału. Rano budziły mnie brzęczące za oknem pszczoły, królujące na łąkach tuż obok domu. Całymi rojami buszowały w kielichach omdlewająco pachnących, polnych kwiatów, upijając się słodkim nektarem. Biała grała krystalicznie czystą wodą, przelewając się przez kamienie. Powietrze wonne zapachem ziół i traw, świerków ociekających żywicą, odurzało już przy pierwszym oddechu. Całymi dniami, ciesząc się słońcem, włóczyłam się po okolicznych lasach i stokach porośniętych gęstym zielem, czując się gościem na niekończącej się uczcie. Do dziś pamiętam smak ogromnych, leśnych jagód. Ich sok rozlewał się po podniebieniu, gasząc pragnienie. A były też wspaniale pachnące maliny, dzikie czereśnie i wielkie, cierpkie papierówki, od ciężaru których jabłonie w opuszczonych ogrodach mdlały. Po takiej leśnej uczcie kładłam się w wysokiej trawie i patrzyłam na obłoki płynące gdzieś, na zachód. Patrzyłam długo, tak długo, iż zdawało mi się, że sama jak obłok płynę, popychana wiatrem, nad bielickimi górami, nie mogąc nasycić się ich urodą, bo wiatr zbyt szybko gnał… Górskie wędrówki kończyły się, zwykle wraz z końcem dnia, powrotem do domu, do ciepłej, gościnnej kuchni Janusza Romaniszyna, gdzie gospodarz szykował pstrągi, którymi nie sposób było się przejeść. Taka była przyroda tamtych Bielic, taką ja pamiętam…

Pamiętam też czekanie, bowiem dla mnie był to czas oczekiwania. Codziennie przeglądałam przychodzącą korespondencję, szukając telegramu od ojca, owej wiadomości, od której zależało to, co będzie się dalej działo w moim życiu. Więc, to moje czekanie było ogromne, wielkie. Czas pęczniał, minuty zamieniały się w wieczność, a godzin nie sposób było zliczyć. Paradoksalnie jednak czułam, że owo czekanie było jakby obok. Obok obłoków, rzeki wartko płynącej, pszczół, kwiatów, pól, dróg deptanych bosymi stopami, wreszcie obok niedzielnego bicia dzwonu, odmierzającego czas od jednej niedzieli do następnej, zawsze, od wieków.  Więcej, miałam wrażenie, że od tego mojego czekania zupełnie nic nie zależy, że ono sobie i ja sobie… Chyba właśnie wtedy, tam w Bielicach, na końcu drogi i świata, zdałam sobie sprawę z tego, że w nieskończoności przyrody ludzkie czekanie nabiera zupełnie innego wymiaru, jest jakby mniej ważne, mniej istotne…  A przecież tak bardzo czekałam…

W dniu, kiedy na stole, w kuchni leżał telegram od ojca, na łące przed domem znalazłam podkowę. Tak zostałam studentką i tak też skończyło się moje czekanie… I nic się nie stało, jak co dzień obłoki płynęły gdzieś na zachód, pszczoły brzęczały pośród kwiatów. Świat nie przejął się mną, nic go nie obeszła moja radość, jego rytm pozostał niezakłócony. W przyrodzie zmiany mają swój ściśle określony czas, stały i niezmienny, może więc dlatego  dzwon kościelny odezwał się dopiero w niedzielę, jak zawsze…  jednak znaleziona podkowa wisi w moim domu do dziś…

Od tamtych wakacji często wracałam do Bielic sama lub z przyjaciółmi, aż wreszcie z Tobą. To tutaj, pewnej październikowej soboty, w maleńkim, barokowym kościele, biorąc za świadków góry płonące złotem smukłych modrzewi i czerwienią jarzębiny, związaliśmy się na zawsze. Później przywieźliśmy tu naszą Goszkę na pierwsze w jej życiu wakacje, podczas których przeszła sama swoje najdłuższe i najważniejsze dziesięć metrów. Często myślałam, że w Bielicach cudownie byłoby żyć, zostać na owym krańcu świata, z dala od zgiełku i bełkotu wielkiego miasta. Nie tylko ja tak myślałam. Powojenne Bielice zostały odkryte przez ludzi, którzy świadomie odrzucili miejskie życie, a uciekając przed cywilizacją dotarli na koniec bielickiej drogi. Być może szukali tu wartości, jakich w tamtym świecie odnaleźć nie mogli. Pokochali to miejsce, a ono stało się ich prawdziwym domem. Tworzą jego klimat, pełen zadumy nad historią i dawną kulturą tych stron, a jednocześnie odciskają w górskiej ziemi swój niepowtarzalny, współczesny ślad. Każdy z nowych mieszkańców Bielic, to osobna opowieść, a każda z nich to akapit do napisania…

Powoli dojeżdżaliśmy. Spojrzałam na góry. U ich stóp leniuchowały krowy, rozgrzane majowym słońcem, przyglądając się nowym dachom przydrożnych kapliczek. Jeszcze niedawno myślałam, że rozsypią się, a ich uroda odejdzie w zapomnienie. I pewnie tak by się stało, gdyby nie ksiądz Kruszyna. Ile razy myślę o nim, widzę go jak kroczy szeroką polną drogą, wijącą się między górami, śpiewając ku chwale Pana. Tak pokazała go, w filmie poświęconym małym ojczyznom, Barbara Folta, tak często widziałam go, gdyśmy do Bielic jechali. Kiedy spotkaliśmy go po raz pierwszy, tutejsze kościoły miały dziurawe dachy i ziejące zapomnieniem wnętrza. Dzisiaj ich barokowe cebule czerwienieją w słońcu nową blachą, a mury odzyskały dawny blask. Wszystko to za sprawą ogromnej miłości i zaangażowania księdza Kruszyny – prawdziwego dobrego pasterza tej ziemi, rozumiejącego jej ducha, tak mocno osadzonego w przeszłości. We wszystkich działaniach towarzyszą księdzu ludzie osiedli w Bielicach i Nowym Gierałtowie, ale chyba właśnie on najlepiej rozumie i zdaje się realizować słowa Simone Weil, która pisała: ”Teraźniejszość jest czymś, co nas wiąże. Przyszłość tworzymy sobie w  wyobraźni. Tylko  przeszłość jest czystą rzeczywistością.”

Właśnie owa przeszłość, to co w niej było najistotniejszego – artystyczna twórczość tak genialnie harmonizująca z przyrodą i przestrzenią bielickiego świata oraz z przestrzenią całej Kotliny – jest motorem działania ludzi, którzy odnaleźli, pośród jej wsi i osad, swoją małą ojczyznę. Dlatego ratują kościoły, kapliczki przydrożne, dwory i pałace, przepiękne figury świętych, czasem tak smutno patrzące na przybysza i wreszcie nawet stare, opuszczone, zapomniane domy. Ludzie ci zdają sobie sprawę z tego, że jeśli to wszystko rozsypie się i przestanie istnieć, Kotlina zostanie pozbawiona swego odwiecznego nerwu, jakim zawsze było tu tworzenie w imię piękna. Ślady owej twórczości chcą za wszelką cenę ocalić…

Zatrzymałeś Fiestę obok Chaty Cyborga, a ja ochłonęłam z zamyślenia…

Kartka z uroczystości klahrowskich

Tego dnia w Bielicach panował ruch, jakiego nie widziałam tu nigdy przedtem. Mnóstwo gości zjechało na Uroczystą Mszę Świętą oraz odsłonięcie tablicy, ufundowanej przez Towarzystwo Przyjaciół Bielic, a poświęconej największemu rzeźbiarzowi baroku śląskiego – Michałowi Klahrowi Starszemu.

Stanęliśmy z tyłu, na wzgórzu przed kościołem, skąd mogliśmy obserwować całą uroczystość. Wyżej zauważyłam kobietę, z pękiem polnych kwiatów, malowniczo spowitą w miękkie fałdy muślinów lub jedwabi. I może owa szata sprawiła, że patrząc na nią miałam wrażenie, iż wyrasta z zielonej łąki jak kolorowy kwiat, będąc częścią górskiego pejzażu. Któż to jest? – pomyślałam… jednak na myślenie nie było czasu. Oto już bryczką i odkrytym omnibusem, eskortowani przez amazonki, zbliżali się do kościoła Św. Wincentego dostojni goście. Przede wszystkim jechał ksiądz Henryk Kardynał Gulbinowicz. Dzisiaj w Bielicach książę kościoła odprawi mszę, której głównym bohaterem będzie książę artystów ziemi kłodzkiej. Historia jest nieobliczalna i wspaniała. Oto po trzystu latach Michał, syn chłopski, urodzony w maleńkiej wsi, gdzie „świat się kończył”, stał się sprawcą uroczystości, którymi owa osada włączyła się w międzynarodowe obchody Roku Baroku w Europie Środkowej. Jednocześnie odrzucono wszelkie podziały, waśnie i konflikty, które nieraz obecne były na pogranicznej ziemi. Mszę bielicką odprawiano w trzech językach: polskim, czeskim i niemieckim, bowiem zgromadziła ona wiernych z trzech krajów. Dzisiaj połączyła ich sztuka, gdyż jej język jest zrozumiały dla wszystkich, wolny od historycznych obciążeń i terytorialnych sporów.

Słuchałam księdza Kardynała opowiadającego o małym chłopcu, obdarowanym przez Boga–Stwórcę talentem, dzięki któremu żyje w swych rzeźbach do dziś. Historię jego życia można odnaleźć na kartach ksiąg parafialnych, w suchych zapisach odnotowujących najważniejsze momenty biografii: narodziny, zaślubiny, przyjście na świat kolejnych dzieci, wreszcie śmierć. O tym jak patrzył na świat, jak miłował, zachwycał się, jak cierpiał, jak się trudził, jak wreszcie pracował – o tym wszystkim opowiadają jego rzeźby, aktorzy przedstawienia, które nazywa się życie. Zaczęło się owo życie trzysta lat temu, w tej niewielkiej wsi, pośród gór i dzikiej przyrody. Nikt tak naprawdę nie wie, kiedy ujawnił się talent Klahra, może już tutaj jako mały chłopiec, przyglądając się klockom drewna podejrzewał, że mieszkają w nich aniołowie, święci i prorocy. Kiedy nabrał pewności, wziął do ręki dłuto. W każdym razie, gdy żenił się z Katarzyną Műhlan,  co odnotowuje księga parafialna Nowego Gierałtowa, był już rzeźbiarzem. Zapisy o narodzinach i przyjęciu sakramentu chrztu przez kolejne dzieci Katarzyny i Michała, pozwalają przypuszczać, że niedługo po ślubie rodzina zamieszkała w Lądku, gdzie Klahr kupił kamienicę w Rynku zwaną „Zur Kornecke” /dzisiejszy numer 1/. W tym mieście zorganizował warsztat rzeźbiarski i wstąpił do cechu. Musiał cieszyć się uznaniem współmieszkańców, skoro wybrali go do rady miejskiej. Tak więc mieszkający w Lądku Klahr był  dojrzałym twórcą, posiadającym uczniów,  własny warsztat oraz wiele prac wykonanych na zamówienie kłodzkich jezuitów. Zanim jednak to się stało, musiał zostać dostrzeżony, aby otrzymać wykształcenie, pozwalające w pełni rozwinąć się jego talentowi. Do tego trzeba było wielu szczęśliwych zbiegów okoliczności. Michał Klahr przez Stwórcę został obdarowany szczęściem, a  też  musiały sprzyjać mu gwiazdy bielickiego nieba. Oto z relacji lądeckiego proboszcza Olbricha wiemy, iż niezwykłe umiejętności oraz wrażliwość bielickiego chłopca dostrzegł i właściwie ocenił ówczesny rektor kłodzkiego kolegium jezuickiego – Paul Stralano. Inwestując w talent Klahra wysłał go na naukę w warsztacie Karola Sebastiana Flackera, rzeźbiarza  pracującego dla kłodzkich jezuitów.

Przez całe swe życie Klahr związany był z ziemią, na której się urodził. Nigdy nie wyjechał w szeroki świat, by podziwiać dzieła twórców mu współczesnych. Jak twierdzą badacze jego twórczości, nie ma dostatecznych dowodów na to, że kłodzki rzeźbiarz odbył podróż do Pragi, będącej w tym czasie jednym z głównych ośrodków rozkwitającej, europejskiej rzeźby barokowej. Tak więc można przypuszczać, iż całą moc twórczą czerpał z siebie samego, ze swej wrażliwości, z potrzeby czynienia piękna. A jednak jego sztuka jest na wskroś europejska i trudno byłoby twierdzić, jakoby Michał Klahr był rzeźbiarzem zaściankowym. Kłodczyzna zawsze była i pozostała typowym terenem pogranicza, gdzie na sztukę śląską działały wpływy kultury czeskiej, a także germańskiej i łacińskiej. Wszystkie te kultury musiały kształtować osobowość artysty i ślady ich są obecne w jego dziele. Jednocześnie dzięki opiece Paula Stralano odebrał młody Klahr bardzo rzetelne wykształcenie ogólne. Znał biegle łacinę, zasady perspektywy w rzeźbie, poznał też rzeźbę antyczną, o czym mogą świadczyć jego rysunki. Dzięki jezuitom posiadł wiedzę teologiczną, z której szeroko korzystał, realizując zamówienia kościelnych zleceniodawców.

Historycy sztuki są zgodni, iż Michał Klahr był najbardziej utalentowanym i cenionym artystą spośród działających w tym czasie na terenie Kotliny Kłodzkiej, a sztukę rzeźbienia w drewnie opanował po mistrzowsku. Dzięki niemu w miasteczkach i wsiach Kotliny zamieszkali bajecznie kolorowi, drewniani święci  i aniołowie – aktorzy dawno minionego czasu.

Spojrzałam przed siebie, na plac przed kościołem. Z tyłu, za Jego Eminencją, na tle soczystej zieleni drzew oraz ultramaryny nieba, rozświetleni słońcem odbijającym się w fałdach szat, przyglądali się wiernym: św. Jan Nepomucen – patron kłodczyzny, św. Barbara, św. Katarzyna oraz Chrystus Zmartwychwstały. Stali, a jakby tańczyli. Tak silnie poruszone były owe postacie, taką siłę gestu posiadały ich głowy, dłonie, całe ciało. W owym ruchu, jego nieziemskiej lekkości blisko byli Nieba, lecz uczucia które wyrażali, czyniły owe figury świętych podobnymi do nas, mieszkańców Ziemi. Na ich twarzach widziałam ból, smutek, zamyślenie czy wreszcie tęsknotę, jaką każdy z nas przeżył bądź przeżyje. I być może właśnie na tym polega geniusz mistrza Klahra, że jego rzeźby tworzą nastrój w którym sacrum spotyka się z profanum, mistycyzm istnieje obok czysto ludzkich uczuć. Jego święci obcujący z Absolutem, nie przestają być istotami czującymi, ich oczy śmieją się lub płaczą naprawdę.

Msza dobiegała końca. Kończyło się wielkie święto starego mistrza. Owa uroczystość była tylko chwilą, ulotną jak wszystko, co składa się ze słów i gestów. Jednak zostanie po niej ślad na murze bielickiego kościoła w postaci tablicy, głoszącej wędrowcom, iż w tym miejscu przyszedł na świat Michał Klahr zwany Starszym. Tablicę rzeźbiarzowi wykonała rzeźbiarka, Ewa Beyer – Kaszubka, która przyjechała w Góry Bialskie na chwilę i wyjechać stąd nie może urzeczona ich pięknem. W przydrożnych, odremontowanych kapliczkach już wkrótce znajdą dom jej ceramiczne Madonny…

Odwróciłam się do tyłu… Ewa Beyer stojąca samotnie na wzgórzu z pękiem polnych kwiatów, otulona miękkim muślinami, a może jedwabiami, mogła być jedną z przepięknych rzeźb Michała Klahra, tak mocno wrosła w krajobraz jego małej ojczyzny…

Otwierając w Kłodzku, w Muzeum Ziemi Kłodzkiej wystawę „Michał Klahr Starszy i jego Theatrum sacrum”, Konsul Generalny Republiki Austrii w Krakowie, pan dr Emil Brix powiedział, że „Kłodzko leży w centrum Europy”. Dzisiaj, wyjeżdżając z wciśniętej między góry, leżącej na końcu świata wsi, myślałam – Bielice leżą w centrum Europy…

Kartki z wakacji

Kartka z podróży

Wyjechaliśmy z Wrocławia późnym popołudniem, zostawiając za sobą stalowe chmury, powoli opuszczające się nad miasto. Ciekawe, kiedy nas dogonią i czy dogonią – pomyślałam. Nie dogoniły… Przed sobą mieliśmy drogę prawie pustą i dwa tygodnie czasu na podróże po Kotlinie. Tym razem zamieszkamy w Bystrzycy Kłodzkiej, mieście położonym na skraju Gór Bystrzyckich, które oboje ukochaliśmy najmocniej.

Jechałeś powoli, pozwalając oczom sycić się barwnym, sierpniowym pejzażem. Patrzyłam przed siebie. Wszystko wokół dojrzewało, powoli zbliżał się czas zbiorów. Słońce załamywało się w cirrusach płynących po błękitnym niebie, potem jego promienie ślizgały się po zielonych liściach drzew, delikatnie migotały w kołyszących się na wietrze kłosach zbóż i rozsypywały się po łąkach wydobywając z nich kolory polnych kwiatów i ziół. Na niektórych polach było już po żniwach. Pozostały po nich krótko przystrzyżone dywany w kolorze starego złota.  Żniwiarze pozostawili na nich grube, okrągłe bele słomy, nad którymi krążyły gromady szpaków i wróbli. Z przydrożnych rowów spoglądały na nas fioletowe oczy wysokich,  ostów. Za nimi pyszniła się swą urodą wąsata kukurydza. Jej dojrzałe kolby rozsadzały liściaste osłonki, pokazując równe, żółte rzędy zdrowego ziarna. Obok kukurydzy – ogromne pola buraków cukrowych. Z ich fantazyjnie skręconymi, karbowanymi liśćmi kontrastowały złote talerze słoneczników, których łodygi ledwie dźwigały pochylone głowy.

I nagle w tej mnogości żywej przyrody, dostrzegłam grupy dzwonków polnych. Liliowe kwiaty powoli umierały. Widok  zamkniętych kielichów, skręconych jakby w ostatnim, agonalnym drgnieniu, napełnił mnie smutkiem. Jeszcze tydzień temu bukietami delikatnych dzwonków, jakże kruchych, ale przecież żywych i pięknych,  obdarowywała mnie Goszka w czasie spaceru po polach i łąkach Kotliny. Dzisiaj były martwe…

Pomyślałam o nieuchronności przemijania, o czasie, co tak szybko upływa, zamieniając teraźniejszość we wspomnienie. Jeśli więc na chwilę zamkniesz oczy, możesz już nie dostrzec tego, co inni widzieli. A ja tak bardzo chciałam widzieć więcej, wpatrzeć się w najgłębsze warstwy tej górzystej ziemi, krainy, która mi się śni, od której obrazu nie potrafię i nie chcę się uwolnić, bowiem jej piękno napełnia mnie radością i zdziwieniem. Zdziwieniem tak wielkim, iż czasem czuję się jak Alicja w Krainie Czarów, kiedy goniąc za Białym Królikiem wpadła do miejsca, z którego rzeczy normalne i zwykłe wyglądały głupio i nudno. Goniąc za swoim Białym Królikiem, wpadłam do Kotliny, a ona mnie zaczarowała. Wędrując po niej, depcząc kolejne jej ścieżki, odkrywam wszystkie, pozostawione na zewnątrz absurdy. W tamtym, pełnym ludzi świecie toczy się nieustanna walka o władzę, trwa wyścig z czasem, by szybciej i więcej nagromadzić różnych fantów. Z perspektywy mojej ścieżki wygląda to głupio i nudno…

Dawno temu, kiedy podążałeś za  WILKIEM jego wydeptaną w Kotlinie tropą, opowiedział Ci o jastrzębiu i kurze. Potem porzucił nas, zostawiając nam ową ziemię, bowiem już wtedy chodził samopas. Teraz przypomniałam sobie jego opowiastkę.

Oto kiedyś wilk chodzący samopas, wracał głodny z nieudanego polowania. Przysiadł na skraju polany pod lasem, nad którą szybował jastrząb. Obserwując drapieżnika,  wilk doszedł do wniosku, że choć bywa on czasem głodny, to życie  jego jest zdecydowanie lepsze, od żywota zawsze najedzonej kury. Bowiem czyż nie jest lepiej być ptakiem wędrownym, który cały świat widzi, lekko szybując w przestworzach i  rozkoszując się lotem, niż tłustą kurą na zapyziałym podwórku, która ma ziarna pod dostatkiem, lecz ze swych skrzydeł użytku zrobić nie potrafi, a życie kończy zwykle w garnku z  rosołem. Wtedy też przyszło wilkowi do głowy, że stokroć lepiej jest być głodnym wilkiem niż psem zdanym na łaskę pana…

Jakże często życie ludzi pośród gwaru miasta, wiecznie ścigających się z czasem, przypomina życie kury na małym podwórku lub psa na uwięzi. A przecież życie tak szybko przemija, jest ledwie chwilą, która niezauważona  nigdy już nie powróci. Dzięki mojej przygodzie z Kotliną nauczyłam się chwilę smakować i szybować z nią ponad  absurdy wielkomiejskiego życia, zerwałam na zawsze ów sznur trzymający na uwięzi. Odkryłam pogranicze na którym szukam  Ciebie i siebie, nierzadko czytam je jak powieść, odkrywam jego przestrzeń i czas, czasem udaje mi się je zapisać…

Szybujmy więc z chwilą do naszej Kotliny, w której niemożliwe staje się możliwe. Często towarzyszy mi wrażenie, że nasze wędrowanie po Kłodczyznie jest wyprawą do krainy Pana Czasu. Groźny to Pan i wszechwładny. Gdyś nieuważny, mało spostrzegawczy, nie dojrzysz w jego królestwie niczego, bowiem on bezlitośnie kroczy do przodu, nie bawiąc się w sentymenty. Jeśli jednak jesteś obserwatorem z duszy, z prawdziwej potrzeby i jeśli znajdziesz w sobie gotowość, by w Czasie trwać, wtedy okazuje się, że potrafi być równie łaskawy, co bezlitosny. Właśnie w Kotlinie zrozumiałam, że Pan Czas najbardziej nie lubi gdy się go zabija lub próbuje się z nim ścigać. Podczas naszych podróży zawsze mieliśmy  c z a s,  by z Czasem porozmawiać. Może dlatego obdarzył nas szczególnymi względami. Gdy chcieliśmy zawracał i prowadził po zakamarkach historii, odkrywając jej tajemnice i snując opowieści o dawnych c z a s a c h. Potrafił też przyśpieszyć tak bardzo, że w ciągu jednego dnia dane nam było widzieć świt w kamiennym mieście na Szczelińcu Wielkim, dzikie Góry Bystrzyckie po gradowej burzy, wieże kłodzkich kościołów podczas spaceru dachami Starówki, wymarłą wieś Rogóżkę, wypełnioną ciszą, pośród której słychać wieczność, a potem Zieloną Górę, Gorzów Wielkopolski, zajazd przydrożny pod Szczecinem, pachnący domowym jedzeniem i mocno paloną kawą, wreszcie Szczecin i zachód słońca nad Bałtykiem.

Gdy po takim dniu kładłam się spać, zupełnie nie wiedziałam czy to, co przeżyliśmy śniło się Tobie, czy mnie, a może tak wędrujących śnił nas WILK, chodzący na Północy samopas, gdzie przeżywa swój  c z a s, bowiem w górach, które zostawił nam w spadku było mu za ciasno, brakowało przestrzeni i powietrza. Wszak jednak kochał je, dlatego czasem o nich śnił. Możliwe więc, że wyśnił też nas, podążających jego, a może już  własną tropą…

Tymczasem naprawdę wpadliśmy w zaczarowany krąg krainy Pana Czasu.  Jakże cudownie jest przemierzać jej przestrzenie, być w Czasie, żyć Czasem, zawracać z nim i przyśpieszać, a także zwalniać tak bardzo, by dostrzec śmierć dzwonków polnych na łące i zadumać się nad nią…

Kiedy od strony Długopola wjechaliśmy do Bystrzycy Kłodzkiej, zegar kościelnej wieży wybił godzinę dwudziestą pierwszą. To była bardzo długa podróż…

Kartka z urodzinowego przyjęcia

Kamienica, sierpień.

Ciepłym, sierpniowym popołudniem wyjechaliśmy z Bystrzycy Kłodzkiej, aby wijącą się serpentynami od Idzikowa drogą, wspiąć się w górę, na Przełęcz Puchaczowską, a potem zjechać w dół aż do Stronia Śląskiego i dalej, do Kamienicy. Zostaliśmy zaproszeni na przyjęcie urodzinowe naszego przyjaciela, tyle razy towarzyszącego nam w podróżach po Kotlinie.

Wjechaliśmy do Stronia, skąd zjechałeś na drogę prowadzącą do Bolesławowa. Na wysokości zjazdu na Kletno, wesoło zamrugały do nas światła samochodu księdza Kruszyny. Po chwili minęliśmy tablicę z napisem: „Kamienica” i wąską, asfaltową dróżką dojechaliśmy do końca wsi. Tam czekał na nas solenizant. Na łące, nad rzeką, szybko ustawiliśmy namioty i wkrótce rozpoczęły się przygotowania do przyjęcia. Jego kluczowym punktem miało być pieczenie nad ogniem kurczaków, stanowiących główne danie tego wieczoru. Jako, że zmierzch w Kamienicy, wsi wciśniętej między góry Masywu Śnieżnika, zapada wcześniej niż w bardziej odsłoniętych dolinach, szybko zapłonęło ognisko. Już po chwili obracały się nad nim kurczaki, skwiercząc i drażniąc nozdrza  przyjemnym zapachem opiekanego mięsa.

Usiadłam pod drzewem, a moje myśli grzały się w cieple ognia. Nasze wakacje dobiegały końca,  wraz z nimi kończyła się  letnia, leniwa włóczęga. Powrócimy do niej długą zimą, przywołując ją na zdjęciach lub w opowieściach i wspomnieniach. Może też w paru akapitach uda się przechować nastrój owego czasu.

Przez dwa tygodnie radowaliśmy się rozgrzanymi słońcem górami, cieniem wysokich świerków i chłodem szorstkich traw, smakiem malin i jagód oraz lodowatej wody w strumieniach, wschodami i zachodami, wreszcie serdecznością wielu spotkanych w drodze ludzi. Cieszyliśmy się każdą chwilą oraz wolnością, jaką nam w wakacyjnym prezencie podarowała Kotlina, czerpiąc z niej pełnymi garściami…

Za plecami cicho szemrała Kamienica. Lustro jej wody odbijało srebrne gwiazdy Mlecznej Drogi. Wyglądały jak perły rozrzucone między kamieniami. Spomiędzy wysokich świerków zajrzał w wodę Miesiąc, zatroskany, że mu się Mleczna Droga rozsypała. Pewnie dumał, jakim sposobem gwiazdy powrócą na dawne swe miejsce. Suche polana trzaskały w ogniu, wyrzucając w niebo złociste fajerwerki iskier. Patrzyłam urzeczona, jak płomienie mienią się wszystkimi odcieniami czerwieni, żółci i fioletów. I nagle w jednym z nich, jak w lustrze, zobaczyłam nas siedzących przy takim samym ognisku, w tym samym miejscu. W uszach zabrzmiała opowieść o Bystrzyckich Górach, o zawsze pustej przygranicznej drodze, o świecie ruin, wymarłym i opuszczonym dlatego tak urzekającym, o dzikich jabłkach w zarośniętych sadach, o łąkach leżących odłogiem, o lasach z których odeszły wilki, o zimnej Północy, gdzie błądząc pośród miraży, ujrzeć można dno swej duszy,  wreszcie o potrzebie zapisania świata, nadania mu kształtu w słowach, rzeźbienia frazą jak dłutem, tylko twoim, niepowtarzalnym… To już rok od czasu, gdy w Kamienicy odszedł od ognia, ruszając przed siebie, na wschód, po nowe słowa, może pierwsze… Gdy znikał mi z oczu, zupełnie nie wiedziałam, co pocznę z ową opuszczoną przez niego krainą. Nie mogłam wiedzieć,  iż już wkrótce poczuję, że jestem Kotliną, rozdartym pograniczem, kresową ziemią do której tak wielu tęskni i tyluż ją przeklina, niczyim, zrujnowanym światem pełnym nieznanych, nikomu niepotrzebnych rekwizytów, bezpowrotnie skończonym, a jednocześnie jedynym dającym poczucie bezpieczeństwa. Dlatego ciągle tu jestem, bo ów świat mnie zachwycił i uwiódł. Pośród jego ruin, co jak blizny przypominają dawno utracony czas, odnalazłam swoją ścieżkę, one sprawiły, że naprawdę zapragnęłam go zapisać… W dogasającym żarze tamtego ogniska ledwie tliła się myśl o zamknięciu tej ziemi w literach, będących ciałem słów, układających się mozolnie w zdania oraz „uwięzieniu” jej w oku kamery, usiłującej na zawsze „zapisać” górzyste, nostalgiczne pejzaże. Skąd mogłam wiedzieć, że wyznaczy ona cały następny rok mojego życia…

Od zimy jestem w ciągłej podróży, która pewnie ma gdzieś swój cel, ostateczny kres. Nieustannie podróżując zrozumiałam, że wcale nie cel jest najważniejszy. O wiele ważniejsza jest droga ku niemu i ciągłe jej przeżywanie. Na mojej drodze ocieram się o przeszłość, szukając w niej wytłumaczenia teraźniejszości, a już za chwilę teraźniejszość staje się przeszłością, więc czy jest sens tłumaczyć? Może wystarczy po prostu być, czuć, widzieć i zapisywać…

Często  nie mogłam spać w nocy, gdyż najbardziej kocham w Kotlinie wschody słońca. Obserwując je z kolejnych szczytów Masywu, zawsze miałam wrażenie, że uczestniczę w jakimś kosmicznym misterium, będąc świadkiem początku, narodzin świata i słońca. Nieruchoma, pogrążona w ciemności, wypełniona  absolutną ciszą przestrzeń, nagle nabiera barw, kształtów, rozbrzmiewa zwariowanym śpiewem ptaków. Z ciemności wyłania  się forma i z każdym takim wschodem  świat zaczyna się od nowa, od nowa powstaje na moich oczach.

Do tych wschodów tęskniłam we Wrocławiu, a budząc się pragnęłam jechać do Kotliny, by ją od nowa odkrywać, poznawać, penetrować… I choć wiem, że nigdy nie poznam do końca, ciągle do niej wracam, a ona ciągle pełna jest niespodzianek …

* * *

Bystrzyca Kłodzka

Mijające wakacje, prócz wschodów i zachodów, pejzaży otulonych koronkową mgłą, wyszywaną kropelkami opalizującej w świetle słońca rosy, zostaną we mnie wspomnieniem kolejnych miejsc, z których powoli układa się moja własna mapa Kotliny. Odkryciem tych wakacji była Bystrzyca Kłodzka. Tadeusz Chrzanowski pisał o niej, „…że jest piękna, piękna jak dziewczyna…”. I oboje zakochaliśmy się w niej bez pamięci. Naszym cicerone po Bystrzycy była Ewa, mieszkająca na bystrzyckiej starówce, w domu Dawnego Strażnika Więzienia. Kiedy opowiada o swoim mieście, jej oczy płoną tajemniczym blaskiem, a policzki różowieją. Już pierwszego dnia, wieczorem, poprowadziła nas z Rynku, schodami w dół, aż nad rzekę, gdzie kazała  wąchać  jej zapach, a potem na most. Stąd ujrzeliśmy bajkową panoramę Bystrzycy. Wtedy chyba po raz pierwszy pomyślałam, że tylko szaleniec – odważny, posiadający nieprawdopodobne wyczucie perspektywy oraz wyobraźnię przekraczającą wszelkie normy logicznego myślenia – mógł tak zaplanować miasto. Domy przytulone do skarpy ledwie się na niej mieściły, stromo pnąc się w górę, ku niebu. Ich sylwetki majaczyły w rzece tracąc proporcje, opuszczały swoje rzeczywiste kontury, gięły się i falowały, rozmyte, nieokreślone jak w sennym widziadle. A może owo miasto ze snu powstało… Zadziwiająco piękna zdała mi się tej nocy bystrzycka skarpa, przypominając ilustracje dawno czytanych baśni. Nad tarasowo opadającymi w dół dachami, wyrastały cebule wieży kościoła parafialnego, skrzacia  czapa Bramy Wodnej oraz średniowieczne kaptury Wieży Rycerskiej i Wieży Bramy Kłodzkiej, a wszystko to na tle czerni nieba upstrzonej srebrem gwiazd. Stojąc na moście poczułam całą moc miłości Ewy do miasta, będącego pocztówką z jakiegoś innego, bardzo odległego czasu.

Gdy później spacerowałam uliczkami Starego Miasta, gdzie spomiędzy teraz co chwilę spogląda średniowiecze, szukając światła dla zdjęć, wiele razy rozmyślałam o tym, co mi powiedziała. Oto bystrzyckiej starówce grozi unicestwienie, bowiem stoi na labiryncie podziemnych korytarzy i nieuregulowanych ścieków, co w każdej chwili może powodować tąpnięcia i obsuwy gruntu, a dalej śmierć uliczek i zaułków, kamieniczek i baszt, figury wotywnej w Rynku, kamiennego Nepomuka, i pręgierza na Małym Rynku,  mówiąc prosto –  całej starej Bystrzycy. Jakże to możliwe – myślałam – że owo królewskie miasto Przemyślidów, którego lokacja związana jest z czeskim  możnowładcą i kasztelanem kłodzkim Gawłem z Lembergu, że miasto w którym urodzili się lub kształcili: Jan z Radkowa –  bystrzycki kapłan, późniejszy profesor Uniwersytetu Lipskiego, Jerzy Gloger – medyk i poeta, Jan Kuben – malarz fresków w Pradze, Wrocławiu i Opolu, Wieńczysław Hauck oraz bracia Karol i Rudolf Bialowie – dziewiętnastowieczni muzycy działający w Berlinie i Nowym Jorku, Herman Stehr – pisarz, pochowany na Górze Floriańskiej oraz wielu jeszcze innych; że to miasto mogłoby przestać istnieć? Przetrwało przecież tyle zawirowań w historii, klęsk, chorób i przez wieki trwało ciesząc oczy wrażliwych na piękno. Wszak bystrzycka starówka to perła ukryta w górzystym pejzażu Kotliny. Wyremontowana śmiało mogłaby konkurować z Kazimierzem nad Wisłą czy Sandomierzem. Bez owej starówki miasto nie istnieje, bowiem nikomu nie przyjdzie do głowy pomysł zwiedzania pudełek bloków Nowego Osiedla Szkolnego, jakże dobrze znanych, komunistycznych straszydeł tak wielu miast, dotkniętych schematyzmem myślenia tamtej epoki.

Niepowtarzalne piękno  Bystrzycy odkrywałam co chwilę, podziwiając urodę renesansowych kamieniczek, brukowane ulice nagle opadające w dół lub pnące się pod górę, baszty z których najbardziej upodobałam sobie przysadzistą Bramę Wodną, wyprowadzającą turystę na ulice Przedmieścia. Tam znalazłam ulicę Przyjaciół, by prawdziwie się z nią zaprzyjaźnić. Wije się wśród tarasów skarpy, obsadzonej domami, między którymi błądzisz jak kot, prawie dotykając  stopami ich dachów. Te domy ciężko poranione, o zszarzałej, pomarszczonej skórze pokrytej plamami, łuszczącej się i odpadającej od ceglanego ciała, jakby na pocieszenie, toną w morzu kwiatów.  Każdy kawałeczek ziemi w ich pobliżu  mieni się kolorami aksamitek, spogląda ciemnymi oczami żółtych nagietków, zachwyca czerwienią i różem rozczochranych dalii, pociąga tajemnicą zimozielonych bluszczy przytulonych do starych, ocienionych murów. Kiedy w owych bluszczach odbije się jakiś zbłąkany promień słońca, zobaczyć można zaskakującą grę światła i cienia, wydobywającą z mroku całą urodę obrośniętych, ociosanych kamiennych murów. Mniej więcej w połowie ulicy wchodziłam na strome schody wyprowadzające na ulicę Kościelną. Można nią zbiec do Placu Wolności pod kolumnę wotywną, ochłodzić policzki w zimnej wodzie fontanny, a potem ruszyć dalej, pod pręgierz na Mały Rynek, ulicą Rycerską i znowu wzdłuż murów, dalej… Często błądziłam po Bystrzycy nocą, kiedy Pan Czas zawracał i wprowadzał w średniowiecze… Wówczas w słabym świetle latarni, pochodzącym z naszej epoki widziałam postacie straży miejskiej przy Bramie Wodnej i opuszczone kramy kupieckie na Małym Rynku. Gdzieś, z daleka dochodził metaliczny, przyprawiający o ciarki, dźwięk ostrzonych noży – to nożownicy przygotowywali towar na najbliższy dzień targowy… Zmęczona wracałam do domu Dawnego Strażnika Więzienia, do Ewy. Tam mieszkały sny…

Śniłam. Wyjechałeś. Pewnie już minąłeś Bardo, gdzie zatrzasnęły się za Tobą magiczne drzwi Kotliny. Coraz bardziej cieniem jesteś, echem głosu, pamięcią zapachu ostatniego papierosa wypalonego przed wyjściem. Im bliżej jesteś Miasta, tym dalej ode mnie, im dalej tym bliżej, bo mocniej czuję że Cię nie ma, mocniej śnię. Oto zostałam sama, ja z ja, bo ja z ja mam spotkanie w Bystrzycy Kłodzkiej, w domu dawnego Strażnika Więzienia. Ja z ja znaczy samotność. Tu mury grube strzegą jej jak twierdza, bym się nią mogła nacieszyć do woli, przejrzeć jak w lustrze, myśli, na dnie mózgu ukryte, wydobyć z zapomnienia. Siebie mając za jedynego towarzysza odkrywam, że samotność jest jak wyspa, po której początkowo błądzę, by w miarę płynącego czasu swoją własną ścieżkę deptać, swoje sny rozpamiętywać –  dla nikogo nieważne. Sama ze sobą dzisiaj, znaczy sama z Bystrzycą – inną, wszak znam ją nie z tego snu…

Stare kości murów pieściło słońce, ślizgało się po dachach, migotało i drgało w czapach baszt, wdzierało się w najciemniejsze zakamarki podwórek strojąc ich ponure wnętrza nowymi nastrojami, a wieczorem przeglądało się w leniwie płynącej rzece sprawiając – tak we śnie się zdarza – że w wodzie jej płynęło rubinowe wino, słodkie złocistym miodem. Ostatnie słońca promienie, chowając się za Bystrzyckie Góry, sypały w ów królewski napój garście rodzynek, co migotały na powierzchni póki ich rzeka głębiej nie porwała. Kto taką rzekę widział z okien domu Dawnego Strażnika Więzienia w Bystrzycy Kłodzkiej, wie jak smakuje życie, jak sen smakuje, jak rodzi się marzenie, jak ono rzeczywistość w marzenie przemienia i jak z marzenia sen się wyłania. Więc nie wiesz, czy śnisz, czy to ciebie śnią, że wino z rodzynkami, osłodzone miodem nad brzegiem rzeki popijasz… A później błądzisz krętymi schodami średniowiecznego miasta, gdzie egzotyczni kupcy o ciemnych twarzach zjechali z Południa z suknem, wonnościami i przyprawami korzennymi. Ich szczypta z twego wina uczynić może napój bogów. Stoisz w oknie domu Strażnika Więzienia i nie wiesz,  czy śnisz, czy ciebie śni strażnik, że wino osłodzone miodem pijesz tuż przed egzekucją. Z okna twej celi widać pręgierz, a jutrzejszy dzień napawa cię lękiem, dlatego ci strażnik wina przyniósł byś mniej się bał i lepiej śnił…

Tak śniłam tego lata, kiedy Bystrzyca zaczarowała mnie owym słońcem, co w jej tajemniczych zaułkach oświetlało szczeliny, do których po kolei wpadałam, dumając o zapomnianej świetności, może o potędze miasta, które szaleniec wymyślił i zbudował, bowiem sny pozwalały mu marzyć. Z marzenia musiało powstać to miasto, gdzie domy ułożone na skarpie przedziwną tworzą harmonię z ogrodami, między nie wciśniętymi i uliczkami zawsze zaskakującymi swoją perspektywą. Wędrówka po bystrzyckiej skarpie jest jedną z najdziwniejszych, jakie można odbyć w miastach Kotliny, bowiem owa skarpa kryje w sobie tajemnicę, do której zaledwie zbliżyć się można klucząc wykutymi w kamieniu schodami. Zna ją księżyc spoglądający na miasto zza murów Baszty Wodnej oraz gwiazdy migocące między dachami, gdyż od wieków przyglądały się ze zdziwieniem temu, jak człowiek skarpę bajecznie zagospodarował, jak ją wystroił i jak ją potem niszczył pozwalając, by szarzały domy, mury kruszały, a cała przeszłość zapadała się coraz głębiej w pamięci, wprost do niepamięci. I tylko czasem, z otchłani piwnic wychynie jakieś wczoraj. Czując się obco, powróci w zapomnienie… Może dlatego sen w domu Dawnego Strażnika Więzienia tak szarpał moją pamięć.

W owym moim, nie moim śnie kasztelan kłodzki Gaweł spijał rubinowe wino. Najpierw nad rzeką, gdzie upajał się doskonałością swego dzieła, do którego zbliżyły go sny i marzenia, a później w celi, gdzie z powodu owych snów się znalazł i gdzie bał się śmierci. Tak się stało, że Gaweł zabłąkał się w rzeczywistość, która stała się jego sędzią i katem, surowo każąc za szalone marzenie. Rzeczywistość owa zwłaszcza upodobała sobie pospolitość, jej wiernego stróża – wszechobecny brud oraz umiłowaną siostrę –  tępotę. Dlatego  – we śnie – spadła  głowa Gawła i… potoczyła się do rzeki zabarwiając jej wody rubinem krwi, a ostatnie słońca promienie odbiły się w niej złotymi smugami. Strażnik Więzienia nie był pewien, czy tej nocy nie śniło mu się rubinowe wino, słodkie złocistym miodem, które spijał wprost z rzeki…

Obudziłam się i z okien domu Dawnego Strażnika Więzienia zobaczyłam rzekę oświetloną porannym słońcem. Przeglądały się w niej chmury, Ewa parzyła kawę, a na mnie czekały kolejne zaułki Bystrzycy  i cała Kotlina…

* * *

Śnieżnik

Śnieżnik spoglądał na nas z góry wiele razy, gdyśmy w Kotlinie szukali własnych ścieżek, spoglądał i czekał. Myślałam jaką drogą do niego dotrzeć. Można z Kletna – czarnym szlakiem, krótko, ale za to mocno w górę; można z Międzygórza – czerwonym, mało ciekawym, bo prawie całą drogę idzie się w lesie i tylko na chwilę, w trakcie ostatniego podejścia, góry odsłaniają swoje głowy; można z Kamienicy – szlakiem niebieskim, lecz i on głównie lasem prowadzi; można z Jodłowa – zielonym, który parę razy pozwala podziwiać fragmenty górzystej panoramy; a można też przez Czarną Górę wejść na Igliczną, spojrzeć na nieziemsko piękną figurkę Matki Boskiej Śnieżnej, powierzając jej wszystkie smutne myśli i spod sanktuarium dotrzeć na Śnieżnik. W czasie naszych wakacji wybraliśmy tę właśnie drogę. Dzień był prześliczny, budził się powoli, rozkopując kołdrę gęstej mgły. Wyjrzały spod niej rudziejące trawy, gdzieniegdzie zabarwione już purpurą nadchodzącej jesieni. Sierpień wprawdzie stroił się słonecznymi promieniami, podświetlającymi wciąż jeszcze zielone igły modrzewi, lecz wszędzie już czuło się koniec lata. Wchodziliśmy na Czarną Górę mijając  pozbawione owoców,  jagodziny. O tej porze roku, tylko na samym szczycie Śnieżnika można urządzić sobie jagodową ucztę. Gdy niżej pojawiają się grzybiarze, bo po jagodach zostało tylko wspomnienie w postaci zamkniętych szczelnie słoików, schowanych na zimę, na Śnieżniku w niewielkich krzaczkach aż gęsto jest od czarnych, słodkich owoców. Szliśmy więc kuszeni myślą o ich wspaniałym aromacie i smaku. Schodząc ze szczytu Czarnej Góry podziwialiśmy teatr Masywu. Majestatyczne góry wystrojone w brązy, złoto i zielenie wyglądały jak teatralna scenografia, jak wieczny rekwizyt dramatu przyrody, piękny a jednocześnie pełen smutku i melancholii, jakiejś tęsknoty za niespełnionym. Były też dumne, dumą świadków praczasu i dziejącej się na ich oczach historii. Szliśmy zupełnie sami. Dopiero na Iglicznej ujrzeliśmy kilka osób, zmierzających do schroniska. Kościół był zupełnie pusty, bowiem dawno już było po nabożeństwie. Zatrzymałam się przy kracie, patrząc w głąb prezbiterium. Madonna stała w smudze łagodnego światła, sączącego się przez szczelinę okna. Wydobywało jej cudowne rysy, rzeźbiąc na  nieruchomej twarzy. Na moment słońce tchnęło w nią życie. Przez sekundę z absolutnej, nieskończonej i boskiej stała się ogromnie ludzka, przygnieciona ciężarem składanych w jej drobne ciało nadziei, oczekiwań, pragnień, bólu i łez. Przez sekundę była równie żywa i cierpiąca, co nieziemsko  piękna. Lecz już za chwilę jej twarz okrył mrok prezbiterium. To słońce schowało się w ciemnej chmurze. Ruszyliśmy dalej, w górę. Wkrótce siedzieliśmy przy schronisku na Hali pod Śnieżnikiem, pamiętającym czasy Marianny Orańskiej, której zawdzięcza swój obecny kształt. Wówczas zwane było „Szwajcarką”. Małymi łykami piliśmy gorącą herbatę, odpoczywając i szykując się do dalszej drogi. Kiedy mieliśmy już dostatecznie dużo powietrza w płucach i poczuliśmy, że nogi poniosą nas dalej, poszliśmy na szczyt.

Było  późne popołudnie, kiedy minęliśmy rozrzucone, kamienne szczątki dawnej wieży widokowej. Ciężkie chmury wisiały nad górami w dole, zaś głowę Śnieżnika, oświetloną słońcem szarpał ostry, zimny  wiatr. Dałam nura w jagody. Dopiero teraz zauważyłam, jak wielu było ich amatorów. Co chwilę jakaś głowa wychylała się spomiędzy niskich krzewinek. I nie wiem czemu, owi smakosze przypominali mi poławiaczy pereł, nurkujących w poszukiwaniu drogocennych kamieni. O tym co znaleźli,  najlepiej mówiły ich usta, za każdym „wynurzeniem”, coraz bardziej czerniejące.

Nareszcie mam Cię Kotlino całą pod sobą – myślałam, leżąc w jagodach. Zawsze to Ty na mnie patrzysz, a teraz ja  przyglądam się Twoim górom i dolinom, po których spacerują gołębie chmury oraz Twoim odrealnionym pejzażom, którymi tak mnie mamisz i czarujesz. Choć przez chwilę mam wrażenie, że jesteś moja na zawsze…

Skubiąc jagody zastanawiałam się czy jeszcze są one polskie, czy może już czeskie. Niezależnie od nacji, były jednakowo pyszne. Tu na szczycie granica nie istniała, mimo wyrastających z ziemi, wyznaczających ją słupków. Nikt nie zważał na tablice z zupełnie idiotycznymi napisami „GRANICA PAŃSTWA. RZEKRACZANIE ZABRONIONE” czy „POZHOR. HRANICE”. Wszyscy łamali owe zakazy, swobodnie chodząc po całym szczycie. Czesi mieszali się z Polakami, jedni i drudzy czuli się tu u siebie. Wyglądali podobnie, a różnice między nimi odnaleźć można było w języku oraz obuwiu. Buty Czechów są rasowe, dobrze trzymają kostkę, nie krzyczą kolorami, są prawie niewidoczne jakby były częścią stopy, jej drugą skórą z mocną podeszwą. Zawsze zazdrościłam im butów. Tak,  Czesi  byli lepiej obuci i wcinali  borówki, zaś my jagody.

Od kiedy Śnieżnik zaistniał w świadomości turystów,  ta góra ma swój kresowy klimat. Mieszały się tu narody pomimo wytyczonych granic, zmieniających się wraz z historią. Pierwsza, znana mi granica, przebiegała w rejonie Śnieżnika w połowie czternastego wieku, kiedy dobra międzyleskie rozpadły się na dwa państewka: Szczerba i Karpień. Na samym wierzchołku spotykały się granice historycznych krain: Hrabstwa Kłodzkiego, Czech i Moraw. Później przebiegała tędy granica prusko- austriacka i niemiecko-czechosłowacka, a dzisiaj polsko-czeska. Pierwsza budowla ustawiona na szczycie – monumentalny trójkątny obelisk –  miała też graniczny charakter. Na jej ścianach wykuto monogramy Hrabstwa Kłodzkiego, Marchii Morawskiej i Królestwa Czech. W końcu dziewiętnastego wieku stanęła tu, słynna w całych Sudetach, kamienna wieża widokowa oraz bufet. Od tego momentu granica zaczęła jakby się rozmywać, tracić na realności, bowiem na szczycie panowała swoboda, właściwa górskim wędrówkom, a im przecież trudno wytyczyć granice. Ta swoboda panuje tu do dziś, choć nie ma już bufetu, a po wieży pozostało kamienne rumowisko, za to jagody ciągle rodzą i ufam, że nigdy nie przestaną.

Patrzyłam na panoramę Kotliny rozciągającą się pode mną i już radowałam się na moment, gdy słońce zacznie zachodzić. Wiedziałam, że nie zniknie nagle za górą, lecz pozwoli sycić się światłem, długo zmieniając jego natężenie i barwę. Kiedy wieczorem, na Średniaku usadowiłam się z aparatem, wiał lodowaty wiatr. Na teatrze nieba działy się jednak rzeczy, sprawiające, iż nie czułam przenikającego chłodu. Siedziałam na szczycie, porośniętym grubą, szeroką trawą, co chrzęściła sztucznie pod stopami.  Długie wąsy jej liści sierpień wymalował jesiennymi brązami, zgniłymi zieleniami, pomarańczową żółcią i buraczaną czerwienią. Na sąsiedniej górze sterczały nagie, fantazyjnie poskręcane lub obłamane szkielety, martwych drzew. Przypominały pełne duchów cmentarzysko, pilnowane przez myszołowy i jastrzębie. W jego tle, niebo przyciągało oczy ciepłem tęczowych, pastelowych barw, które już za chwilę nabierały wyrazistości i kontrastu. Nagle wiatr ucichł, powietrze zastygło w teatralnej ciszy, jakby w oczekiwaniu na ostatnią kwestię, a może akord. Wtedy słońce przeszło na drugą stronę, zapadło się w nicość. Na kurtynie nieba, została po nim krwistoczerwona smuga, zaś cały otaczający mnie świat był czarny jak smoła.

Gdyśmy w schronisku, rozgrzani gorącą herbatą, rozprawiali o urodzie mijającego dnia, stojący na dachu aparat rejestrował ruch gwiazd na niebie, szykując nam zaskakującą niespodziankę …

* * *

Nasze wakacje, to także wędrówka do Ogrodu Bajek, dzieła  pana Izydora Kreistena. Przez ponad dwadzieścia lat tworzył tu  miniaturowe zamczyska zaludniając je korowodem fantastycznych  postaci. Być może ta ziemia była dla niego jak baśń, a może po prostu nigdy nie opuścił kraju dziecięcych fantazji. Do dzisiaj chętnie przychodzą tu  dzieci, zabierając ze sobą dorosłych. Przez chwilę wszyscy znowu są dziećmi…

Czasem o świcie błądziliśmy po Błędnych Skałach, postrzegając je jak jakąś niezwykłą, przedziwną, kamienną dekorację teatralną. Aktorami tego teatru były głazy – olbrzymy. Jak urzeczona patrzyłam na pocałunek kochanków, trwający pewnie całą wieczność. Widzieliśmy też Białe Skały, skąd lasem, przedzierając się przez sięgające pasa paprocie, doszliśmy do Skał Puchacza. Z Narożnika patrzyliśmy jak słońce kładzie się spać nad Sawanną Łężycką. Widać spodobała mu się jej wysoka, nigdy nie koszona trawa, bowiem wtuliło się w nią, jak w puszystą pierzynkę. Któregoś popołudnia odnaleźliśmy tajemne schody na Szczeliniec Wielki, których kiedyś na próżno szukaliśmy. Porastały je mchy i tajemnica. Niewielu znane, pogrążają się w zapomnienie… i może tak jest lepiej, by nikt nie wiedział. Góry Stołowe są bowiem w bestialski sposób rozdeptywane, a przecież ich kamienne formy, pochodzące z praczasu, należą do świata ciszy, wymagają kontemplacji w samotności i skupieniu… Tylko wtedy otrzeć się można o  wieczność, usłyszeć szept kamiennych ust, ich niemą skargę…

* * *

Kaplica Czaszek w Czermnej

W Kaplicy Czaszek w Czermnej panuje chłód i mrok. Podróż do tego miejsca jest odpowiedzią na pytanie o koniec drogi, o jej nieuchronny kres.

Jest też wyprawą do wnętrza  wielkiego grobu, poznaniem jego odartej z ciała prawdy, swoistą wędrówką w głąb memento mori.

„Kaplicę wzniósł, po wojnie trzydziestoletniej, siedmioletniej oraz epidemii cholery, miejscowy proboszcz ksiądz Wacław Tomaschek. Zginęły wówczas tysiące ludzi, a ich szczątki – kości i czaszki – poniewierały się po okolicznych polach. Budując kaplicę ksiądz Tomaschek postawił zmarłym symboliczny grób. Jest to jedyna taka budowla w Polsce. W Europie podobne kaplice znajdują się w Rzymie, a także w Kutnej Horze w Czechach. Sklepienie oraz ściany boczne tworzy około trzech tysięcy czaszek, zaś w krypcie jest ich prawie dwadzieścia jeden tysięcy…” – cichy, beznamiętny  głos, oprowadzającej nas  zakonnicy, recytującej wyuczoną lekcję bez cienia zaangażowania, tak mocno kontrastował z tym, co widziałam, że przestałam słuchać. Jej słowa były martwe, nic nie mówiły. Nieme czaszki ścian i sklepienia, stokroć bardziej martwe, przemawiały aż do bólu. W tym miejscu nie trzeba przewodnika, każdy jest nim sam dla siebie…

Stałam i patrzyłam… Oto czym będę… Puste oczodoły, gładkie kości czoła, odarte z warg szczęki i żuchwy, wystające kości policzkowe bez policzków, pusto ziejąca kość nosa… Cóż mnie różniło od poutykanych w ściany kaplicy czaszek? Tylko czas, nic więcej… Jakże trudno pogodzić się z prawdą, która w Czermnej wyziera z każdego miejsca. Patrząc, nie mogłam uwolnić się od pytania, czy kiedyś, gdy będę tylko pozbawioną ciała czaszką ktoś będzie mnie jeszcze kochał..? Czy wtedy będziesz mnie kochał..?

Wraz z tym pytaniem, pojawiła się w pamięci Maria Kuncewiczowa, autorka najpiękniejszych listów jakie znam. Ich adresatem był Jerzy, jej zmarły mąż. Są to listy pełne miłości i samotności starej kobiety, która już całe życie przeżyła, a stojąc na jego krawędzi nie może pogodzić się z samotnym odejściem swego męża, bowiem zawsze podróżowali razem. Ona ciągle żywa, kochająca, opętana tęsknotą, pisze do niego umarłego i zimnego, zakopanego w czarnej ziemi. Pisze ponieważ „ /…/nie było z kim rozmawiać o twojej Jerzy winie, twojej chwale, o tym że mnie nie ma, ale ty jesteś. Gdzie? Pod dębem? Raczej daleko, coraz dalej, w religijnej mgle, w apokaliptycznym Zbawieniu.” W jednym z listów opowiada mężowi, jak to przywieziono pod dąb, gdzie został pochowany, kamienne krzyże mające stanąć w jego głowie. Kamieniarz badał łopatą koniec krypty, aby ustalić miejsce postawienia krzyży, zaś ona obserwująca to wszystko przymknęła oczy, słysząc zgrzyt łopaty, a potem „/…/z jakiegoś straconego czasu /…/ wraca szept: „Alas, poor Yorrick”/…/ prosto pod moje nogi toczy się pusta czaszka. Odtrącam ją, zasłaniam twarz, krzyczę bez głosu: To nie ta czaszka, nie ta! Czaszka Jerzego jest ciągle pełna myśli!/…/”.

A bezimienne, nagie i milczące czaszki w Czermnej… czy one też pełne były myśli..?

* * *

Obudź się, Magda! Chcemy wznieść toast urodzinowy…  Czujesz jak kurczaki  pachną… Może trzeba ich spróbować? – twój głos wyrwał mnie z zamyślenia nad minionym czasem oraz nad miłością, co była tak wielka, iż sięgnęła w głąb grobu, a nawet dalej, nie godząc się na rzeczywistość. Przypomniał o tu i teraz, o smakowaniu każdej chwili, niepowtarzalnej, jedynej, choćby takiej jak dzisiejsze urodziny w Kamienicy. Wypiliśmy więc za spotkanie, życząc sobie dobrego, długiego i mądrego wędrowania, a Kotlinie, by się nie zmieniła, by neonowy świat nie wessał jej w swoją brednię, by nas czarowała, uwodziła, prowadziła coraz dalej w głąb siebie oraz byśmy za rok znów mogli, w podobny sposób, świętować urodziny Andrzeja…

Kartka ze zdroju

Dokąd jedziemy? – usłyszałam za sobą, gdy opuszczaliśmy rogatki Wrocławia.

Do Dusznik.

Aha… Mamo, czy tam kogoś udusili?

Nie. Tam można wyleczyć się z duszności oddychając górskim, ostrym

powietrzem i pijąc wody zdrojowe…

Wjechaliśmy w jesień oszalałą od kolorów, wręcz nierzeczywistą. Zawsze gdy nadchodzi, nie mogę uwierzyć w barwy jej sukni, kiedy uwierzę –  ona stoi bezwstydnie goła, a podarta szata wala się u jej stóp, zabłocona. Patrzyłam więc zachłannie, pragnąc ów obraz październikowej drogi, prowadzącej nas do Kotliny, zatrzymać gdzieś na dnie oka, aż do następnej jesieni. Patrzyłam tak, iż wkrótce byłam już tylko oczami, samym oglądaniem, obserwowaniem,  wypatrywaniem, przypatrywaniem, spoglądaniem, zerkaniem, podglądaniem, podpatrywaniem, spozieraniem spod firanki rzęs, zapatrzeniem – samym patrzeniem, zastępującym kalekie słowa, nie potrafiące poradzić sobie z wymalowaniem  kolorów jesiennego świata. I cóż w tym dziwnego, wszak bardziej był on impresjonistycznym płótnem Claude’a Monet’a czy Paul’a Cèzanne’a, niż rzeczywistością.

Niedawno obudzone słońce, uwolniwszy się z objęć porannych mgieł, rozwieszonych tu i ówdzie jak cieniuchna, mleczno siwa gaza, oprószyło świat złotym pyłem, dodając urody zwłaszcza koronom drzew oraz zagonom pól przykrytych bajecznie barwną, łowicką chustą. Mijaliśmy  smukłe topole, olchy, brzozy i klony wystrojone w żółcie, ochry i brązy, płonące purpurą i pomarańczowym złotem. Ich gałęzie zaglądały mi w oczy, szukając lustra podziwiającego wspaniałe szaty. Jesienne drzewa wiedziały, że są cudne, więc uwodziły i czarowały niczym zalotnice. Patrząc na nie, czułam żal, bo przecież tak szybko zgubią, mieniące się teraz ciepłymi kolorami, suknie, peleryny, płaszcze. Wiatr je rozsypie u ich stóp i będą butwiały w listopadowych deszczach i styczniowym śniegu, aż wszelki ślad po nich zaginie. Zaś dzisiejsze zalotnice, tak bogato wystrojone, pozostaną wzruszająco nagie. Wtedy skulą się w sobie i zasną, śniąc o wiosennym słońcu, które obudzi je z letargu.

Zapatrzona w pejzaż za oknami auta, dumałam nad doskonałością przyrody, w której śmierć trwa tylko chwilę, zaledwie parę zimowych miesięcy, a jesień – pora umierania w najpiękniejsze wystrojona jest barwy. Jakże inaczej jest z ludzkim życiem, gdzie umiera się na zawsze, a jego schyłek – często jesienią zwany – to czas samotności, choroby, lęku przed śmiercią. Czas popielaty, szary, grafitowy, przechodzący stopniowo w czerń, która początkowo jest ledwie widocznym maźnięciem pędzla, linią koronki, by – im bliżej kresu – wypełnić całą przestrzeń. I to już jest śmierć, zawsze  ubrana  w czarną suknię tych, co odeszli i tych, co pozostali…

Dojechaliśmy do Ząbkowic Śląskich, gdzie zamiast pojechać prosto do Barda, skręciłeś w kierunku Kamieńca Ząbkowickiego. Zamierzałeś więc przejechać przez Złoty Stok, potem górami aż do Lądka, skąd pewnie umyśliłeś sobie drogę przez Przełęcz Puchaczowską do Bystrzycy Kłodzkiej, a dalej przez Polanicę i Szczytną do Dusznik. Widać i ty miałeś oczy pełne jesiennego świata, dlatego chciałeś jechać długo, by do woli mogły się cieszyć jego kruchym, jakże ulotnym i smutnym pięknem. Minęliśmy Złoty Stok, drapiąc się pod górę krętą, ciągnącą się lasem drogą. Góry Złote, zwane tak z powodu występujących tu złóż tego kruszcu, ukrytego w ich wnętrzu i od dawna zapomnianego, dzisiaj były prawdziwie złote. Między porastającymi ich stoki, wysokimi, żywo zielonymi świerkami, płonęły pomarańczowym  ogniem, świece smukłych  brzóz, rudo paliły się ogromne czupryny starych buków. W świetle tego ognia zjechaliśmy do Lądka, gdzie obejrzały się za nami wieże kościołów i ratuszowa. Już za chwilę byliśmy na szosie wiodącej do Stronia Śląskiego. Tam minęliśmy „Violettę” – Hutę Szkła Kryształowego i przed dawnym kościołem ewangelickim skręciliśmy, wjeżdżając na drogę prowadzącą przez Sienną do Przełęczy Puchaczowskiej. Gdy Fiesta pokonywała zakręty jednej z najbardziej widokowych i malowniczych tras Kotliny, zaglądały nam w oczy czerwone kiście jarzębin. Październikowe słońce ogrzewało zmarzniętą nocą ziemię, a ona parowała, sprawiając że na samej przełęczy wjechaliśmy w watę mgły, ciągnącej się za nami aż do Idzikowa. Stąd, już znowu w słońcu dotarliśmy do Bystrzycy Kłodzkiej, minęliśmy most, gdzie w sierpniowe noce stałam patrząc jak urzeczona na miasto lub liczyłam spadające gwiazdy, by ulicą Międzyleską wyjechać w kierunku Polanicy. Piętnaście kilometrów dzieliło nas od zdroju, będącego jednym z najliczniej i najchętniej odwiedzanych kurortów Kłodczyzny.

Głęboko, w ziemi, Kotlina ukryła wiele skarbów: szlachetne kruszce,  kolorowe rudy metali, złoża kamieni. Pomiędzy nimi kryje się skarb największy – życiodajne wody. W ich moc wierzono od dawna, dlatego w pobliżu owych źródeł powstały znakomite zdroje: Lądek, Kudowa, Długopole, Duszniki i Polanica. Przybywali tu, ze świata ludzie cierpiący, przywożąc ze sobą nadzieję odzyskania zdrowia. Polanickie wody i klimat miały leczyć tych, którym dokuczały dolegliwości serca, przewodu pokarmowego oraz nerwy.

* * *  Polanica

Zatrzymaliśmy samochód na parkingu i poszliśmy do parku zdrojowego napić się „Wielkiej Pieniawy”. Na deptaku otarliśmy się o snujących się leniwie kuracjuszy, którzy przed obiadem zaglądali do małych kafejek, przystawali rozmyślając i wystawiając twarze do, być może ostatnich w tym roku, promieni słońca, cicho gwarząc przysiadali na ławkach, obok których leżało mnóstwo brązowych kasztanów. Gdyśmy przekroczyli bramę parku, czas się zatrzymał. Popijając wodę przyglądałam się starym lipom, pamiętającym pewnie kłodzkich augustianów, a później jezuitów, będących właścicielami połowy istniejącej tu przed wiekami wsi oraz kolejne rody rycerskie władające drugą jej częścią. Musiały też pamiętać początki uzdrowiska, jego rozbudowę oraz kuracjuszy, którzy wśród nich się przechadzali, pijąc wodę, słuchając orkiestry zdrojowej, tańcząc i romansując. Ileż mogłyby powiedzieć owe stare drzewa milcząco przypatrujące się kolejnym pokoleniom, szukającym w polanickich sanatoriach  zdrowia, chwili wytchnienia, a być może zatrzymania się w czasie, zapomnienia o codziennej rzeczywistości, poprzez kontemplację panującego w zdroju t e r a z. Od dawna mam wrażenie, że przestrzeń parków zdrojowych istnieje tylko w czasie teraźniejszym. Czas przeszły rozmazuje się, staje się niewyraźny tracąc  kontury, by wreszcie zniknąć. Jego wydarzenia pogrążają się w mgle niepamięci, a przyszłości też nie ma, ponieważ  się o niej nie myśli. I tak wszechwładnie panuje tu wieczne t e r a z, gdzie celebruje się codzienne, powtarzające się czynności: picie wody, kąpiele słoneczne i spacery. Ich monotonia powoduje, że czaso- przestrzeń, przebywającego na kuracji pacjenta, kurczy się. Zainteresowany jest jedynie chorobą oraz próbą jej pokonania, zmierzenia się z nią. Przestaje więc dostrzegać, to co wcześniej zdarzyło się w jego życiu, istnieje obok przeszłości i przyszłości. Liczy się tylko t e r a z, będące mitycznym czasem przeżywania choroby, układania pasjansów, romansowania, picia wody – tylko t e r a z, nic mniej i nic więcej. Siedząc na ławce, w parku zdrojowym, czułam jak mnie owo t e r a z wchłania, jak mną zaczyna władać i jak mi się to podoba. Bardzo szybko poddałam się panującej w tym miejscu t e r a ź ń i e j s z o ś c i

Wyrwałeś mnie z niej słowami: „Chodź, jedziemy do Dusznik…”

*   *   * Duszniki

Wchodząc kasztanową aleją do dusznickiego parku, czułam się dziwnie onieśmielona. Może dlatego, że tutaj stopami dotyka się przeszłości, w której znakomici chadzali nią goście.

Dusznicki zdrój był z pewnością jednym z najwytworniejszych kurortów dawnego Hrabstwa Kłodzkiego. Wtedy nazywał się Bad Reinertz i znano go  w Niemczech, Francji oraz Królestwie Polskim. Jego położenie na międzynarodowym szlaku, wiodącym z Wrocławia przez Kłodzko, aż do Pragi, sprawiało iż zatrzymywało się w Reinertz wiele osobistości. Nawet bawiąc tu krótko, ledwie przejazdem, dodawali, wciśniętej miedzy góry miejscowości, splendoru i atmosfery światowego kurortu. Zanim dotarliśmy do parku, odnalazłam w Rynku tablicę upamiętniającą pobyt króla Jana Kazimierza. Kiedy po abdykacji udawał się tędy do Francji, noc zastała go w Dusznikach, więc spędził ją w tutejszym zajeździe. Król polski to nie jedyny koronowany gość miasteczka. Nocował tu car Aleksander I, wielki książę Konstanty i oczywiście Fryderyk Wilhelm III – król pruski. Niektórzy pozostali w zdroju na zawsze – na starym cmentarzu odnalazłam groby polskich żołnierzy z okresu wojen napoleońskich. Bywali też w Reinertz poeci i muzycy. W ich korespondencji znalazły się fragmenty opisujące uzdrowisko i okolice oraz codzienne czynności kuracjuszy. Czasami, ów sudecki bad był miejscem ostatnich myśli o opuszczanym właśnie kraju, ostatnich pożegnań. W liście z 9.11.1829 roku, będącym swoistym diariuszem podróży z Warszawy przez Śląsk, Czechy, Austrię, aż do Szwajcarii, młodziutki Zygmunt Krasiński pisał do ojca:„17 października, sobota. Z rana obudziłem się w Reinertz, gdzie mama miała jechać przed śmiercią. Śnieg po pierwszy raz nas tu przywitał i ujrzeliśmy okoliczne góry nim okryte. Pijąc kawę w austerii spójrzałem na mapę rozwieszoną na ścianie i wzrok mój oczywiście szukał Polski…”

Dusznicki zdrój to nie tylko miejsce noclegu lub przejazdu sławnych ludzi, przede wszystkim przyjeżdżano tu po zdrowie, zatrzymując się zwykle na dłuższą kurację. Od zawsze leczono w Dusznikach choroby oskrzeli i płuc, w tym także gruźlicę – tajemną i śmiertelną chorobę. Wywołując lęk i strach, jednocześnie fascynowała swoim skazaniem na ostateczność. Tomasz Mann pisząc „Czarodziejską Górę” – powieść będącą swoistym, filozoficznym studium umierania – sprawił, że gruźlica stała się jeszcze bardziej tajemnicza i fascynująca. Owa choroba trawiła jego bohaterów, czyniąc z nich osoby zdolne do nieprawdopodobnie wielkiego cierpienia, przynoszącego unicestwienie. To właśnie ona sprawiła, że poznali świat śmierci, czarującej tajemnicą i magią. Był to świat pociągający, bowiem odkrywał przed powieściowymi postaciami ich własny kres, nieuchronny koniec. Czytając „Czarodziejską Górę”, ma  się zadziwiające wrażenie, że pacjenci sanatorium „Berghof” wcale nie chcą wyzdrowieć i powrócić do świata żywych. Dzięki gruźlicy wkroczyli w przestrzeń absorbującą i niesamowitą, wobec której wszystko co zostawili na dole, wydawało się czymś banalnym, ledwie frazesem, nic nie wartą farsą. Paradoksalnie, prawdziwego życia doświadczyli dopiero na górze, po przekroczeniu sanatoryjnych progów. Teraz, wchodząc do dusznickiego parku, dziwnie mocno odczułam atmosferę powieści Manna… A może było to tylko złudzenie wywołane przez jesień – porę umierania. Wszak od lat suchoty przestały być chorobą śmiertelną… Był jednak czas, gdy pensjonariusze zostawali na tutejszym cmentarzu na zawsze, czasem podleczeni wyjeżdżali, by ciągle wracać tu , aż do nieuchronnego końca. W ich ciałach mieszkała śmierć, były jej domem, były przez nią naznaczone. Obcowali z nią, nosili ją w sobie, zaprzyjaźniali się   lub walczyli, aż wreszcie przeprowadzała ich na druga stronę… Po tej zaś zostawały cienie, czasem przechadzające się alejami zdrojowego parku…

Minęliśmy Teatr Zdrojowy, podchodząc do źródła „Pieniawa Chopina”, nazwanego na pamiątkę kuracji jaką w Dusznikach odbył szesnastoletni Fryderyk Chopin. Już wtedy nosił w sobie śmierć, a tu przyjechał wzmocnić się i zebrać siły na następne lata życia.

Usiedliśmy na ławce pijąc wodę. Było przepiękne, słoneczne październikowe popołudnie. Spojrzałam dokoła. Okoliczne ławki opustoszały, tylko gdzieniegdzie ktoś szeleścił gazetą, ktoś wchodził do pijalni, jakaś starsza para wolno spacerowała parkową alejką. Na trawniku, przed naszą ławką, przeciągał się – leżący wśród rudych liści – czarny kot. Nagle zastygł w leniwej pozie i spojrzał na mnie szmaragdowymi oczami, zdającymi się mówić: „Szukasz przeszłości, więc spójrz głębiej w teraźniejszość… Tu przeszłość i przyszłość są  t e r a z…”

Zmrużyłam oczy, a kiedy je otworzyłam alejki jesiennego parku zaludniły się dziwnie ubranymi postaciami, jak ze starej fotografii… Patrzyłam na Bad Reinertz, które widział… Fryderyk Chopin. Zastygłam, znalazłszy się w samym środku, przesuwającego się przed oczami filmu. Ruszyły kolorowe pary z kubkami od Brunnu, które im lekarze pić przepisali. Za sobą słyszałam chłopięcy głos:„Dwa tygodnie już piję serwatkę i wody tutejsze i niby jak mówią lekarze mam trochę lepiej wyglądać, mam niby tyć, a tym samym lenieć… Rano najpóźniej o godzinie 6-tej, już wszyscy chorzy przy źrzódle; tu dopiero kiepska dęta muzyka z kilkunastu karykatur w rozmaitym guście złożona, przygrywa wolno spacerującym Kur-gästom. Tu dopiero gatunek reduty, a raczej maskarady, bo nie wszyscy w maskach, tych jednakże mała jest liczba, albowiem składa się tylko z tych, co dla kompanii dali się powieść. Taka promenada po ślicznej alei łączącej Ansalt z miastem, trwa zazwyczaj do 8-mej stosownie do kubków, ile kto ma rano wypić. Potem udają się każdy do siebie na śniadanie. Po śniadaniu idę zazwyczaj przejść się. Chodzę do 12-tej, o której obiad jeść trzeba, dlatego, że znów po obiedzie idzie się do Brunnu. Po obiedzie zazwyczaj jeszcze większa maszkarada niż rano, bo każdy wystrojony, każdy w innym niż rano pokazuje się kostiumie. Znów muzyka paskudzi, a tak schodzi już do samego wieczora. Ponieważ tylko dwie szklanki Lau–brunn piję po obiedzie, wiec wczas idę do domu na kolację. Po kolacji spać.”

Obejrzałam się do tyłu, w poszukiwaniu właściciela głosu. Chciałam zobaczyć z kim rozmawiał, komu opowiadał. Ławka za mną stała pusta. Pewnie już odeszli, wtopili się w kolorowy, rozdyskutowany pochód kuracjuszy. Pociągnęłam łyk wody przyglądając się sukniom z ogonami, w jakie ubrane były młode damy, chowające głowy pełne loków w cieniu kremowych parasolek, obszytych koronkami… Znowu dobiegł mnie odgłos rozmowy. Więc był tam, gdzieś za mną, stał lub siedział opowiadając: „Polaków dużo było w Reinertz, lecz teraz przerzedza się ich grono: wszyscy prawie co byli, znajomi moi. Był tu Alfred Kurantowski z rodzicami i siostrami: podobno znajomość Fontany… Zabawa dosyć wesoła między rodami: nawet i znaczniejsze niemieckie familie też przykładają się do wszelkich rozrywek salonu. W tym domu co my mieszkamy mieszka pewna pani z Wrocławia: jej chłopcy żywe, pojętne, mówią trochę po francusku…”

Na chwilę zawiesił głos, po czym dodał:„Już odchodzę do Brunnu na dwie szklanki wody i pierniczek…”

Obejrzałam się raz jeszcze za siebie. Alejką za moją ławką szedł chłopiec, potwornie chudy, ubrany na czarno. Wiatr szarpnął końcami jego fantazyjnie zawiązanej wokół kołnierzyka, białej chustki. Wolnym krokiem zmierzał do pijalni, gdzie tryskało ciepłe źródło…

-Bonjour monsieur Chopin – mijający młodzieńca mężczyzna lekko podniósł swój cylinder.

-Bonjour monsieur – usłyszał w odpowiedzi i Chopin poszedł dalej…

Przetarłam oczy, patrząc na „mojego” kota z trawnika. Wydawało mi się, że śpi. Po chwili jednak podniósł się i miękko ruszył w kierunku Teatru Zdrojowego. Już z daleka słychać było muzykę. Ktoś grał na fortepianie. Z otwartych okien wydobywała się melodia krucha i jakby przeźroczysta, a jednocześnie potężna, poruszająca kaskadą dźwięków.

-Mamo, kto tak cudownie gra, czy ty to słyszysz? – mała rączka zacisnęła się na mojej dłoni i podeszłyśmy, by spojrzeć na pianistę. W tym momencie wiatr szarpnął otwartym oknem i zamknął je. Przykleiłyśmy nosy do szyby. Wnętrze Zdrojowego Teatru było zupełnie puste.

Mamo, tu nikogo nie ma… Jaka szkoda!

Jakaś starsza pani przystanęła przy nas i powiedziała :

-Dzisiaj nie będą grać. Onegdaj był tu koncert. Proszę czytać, piszą o tym podała mi gazetę i poszła w stronę fontanny. Trzymałam w ręku „Kuryer Warszawski” z 22 sierpnia 1826 roku.

O czym piszą, mamusiu?

Już ci czytam.

Usiadłyśmy na ławce. Znalazłam krótką notatkę: „List w tych dniach odebrany z Kudowy ze Szląska /o 2 mile od Reinertz/ zaszczytnie donosi o młodym artyście polskim, Fryderyku Chopinie, który na zlecenie doktorów warszawskich dla polepszenia zdrowia zostaje od nijakiego czasu w Reinertz. Tam bowiem, gdy kilkoro dzieci, przez śmierć ojca do wód na kurację przybyłego sierotami ostały się, P. Chopin ośmielony przez osoby talent jego znające, dał dwa koncerta na dochód tychże, co jemu wiele chwały, a tym nieszczęśliwym niepospolite wsparcie przyniosło.”

Odłożyłam podarowaną mi przed chwilą  gazetę i nie mogłam uwierzyć… Pomieszały się czasy i epoki, dusznicki park zapełnił się duchami spacerującymi pośród żywych, którzy też do duchów byli podobni. Chopin szeptał wśród drzew i grał w Zdrojowym Teatrze, Krasiński żegnał się z Polską opuszczaną z woli ojca, Dembowskiemu umierała matka, a car Aleksander budził się lipcowym rankiem w tutejszym zajeździe. Przeszłość była wieczna jak papier, ręcznie produkowany  w zabytkowej dusznickiej papierni. Ta przeszłość na chwilę stała się moją teraźniejszością. Rokrocznie, w sierpniu w czasie Festiwali Chopinowskich w Dusznikach, Dzisiejszy Pan Czas zdejmuje kapelusz przed Wyśmienitym Dawnym Czasem, pozwalając by przeszłość trwała  t e r a z…

Poczułam, że patrzą na mnie szeroko otwarte oczy.

Mamo, ja znam tego pana Chopina. Nam o nim opowiadała taka pani, zaproszona do przedszkola i grała nam potem… wiesz… jak to było? Aha, poloneza… Czy ty myślisz, że on tu był i grał przed chwilą?

Chopin był w Dusznikach, ale prawie sto siedemdziesiąt lat temu. Przyjechał tu ze swoją mamą i siostrami na kurację, ponieważ był bardzo chory…

Tak? A na co chorował, mamusiu?

Był chory na gruźlicę, która wtedy była choroba śmiertelną.

Biedny..! I co, umarł tutaj?

Nie kochanie, umarł w dwadzieścia parę lat później, w Paryżu, ale już będąc tu nosił w sobie śmierć. Być może właśnie obcowanie z nią sprawiło, że był jedną z najwrażliwszych  istot tamtych czasów…

Hm… Mamo, ale jak myślisz, przecież słyszałyśmy, czy to on, ten pan Chopin grał?…

Rozglądnęłam się dokoła… Prawie pusty park i jego alejki powoli zasypiały w ostatnich czerwonych promieniach słońca. Gdzieś przepadły suknie dam i męskie cylindry, nigdzie też nie było widać szczupłego młodzieńca z fantazyjnie przewiązaną białą chustką. Bad Reinertz zniknął w ciszy, rozpłynął się w niej jak cukierek w ustach. Na końcu parkowej alei zobaczyłam czarnego kota o szmaragdowych oczach. Szedł powoli w stronę kasztanowej promenady. Raptem  odwrócił głowę i… uśmiechnął się do mnie, zupełnie jak kot, którego w Krainie Czarów spotkała Alicja…

Kartka ze Srebrnej Góry

Tej nocy czuwałam, by sen nie odebrał mi możliwości ujrzenia świtu w Srebrnej Górze. Wyszliśmy długo przed wschodem słońca. Miasto spało, kiedy ruszaliśmy w kolejną podróż. Każdy normalny, za Domasławiem zawróciłby do ciepłej krainy snu, jako że droga była zupełnie zalodzona. Jechałeś wolno, chwilami tańcząc na szklanej jezdni. Początkowo mieliśmy wokół siebie tylko noc, zazdrośnie panującą nad światem oraz  wstęgę połyskującego lodu, która nas w ów świat prowadziła. Za Niemczą dojrzałam pierwszą smugę światła – coś jakby pęknięcie, muśnięcie – zgasło. Łudziłam się, że jedynie na chwilę. Lecz wkrótce, kiedy noc zabrała swoje kołdry i poduszki, niebo po horyzont zajęły ciężkie, stalowe chmury, rozdęte śniegiem. Nie dawały żadnej nadziei na, wymyślony prze ze mnie, słoneczny świt. O siódmej rano stanęliśmy pod fortami w Srebrnej Górze. Świat przykryty grubą pierzyną puszystego puchu, zastygł w niemożliwej ciszy panującej dokoła. Włożyliśmy ciepłe kurtki, czapki i szaliki, by z rozgrzanego auta, wyjść w mroźną zimę, w  ciszę bez słońca. Popatrzyłam za siebie – w wąskiej i stromej dolinie zostały  dachy domów Srebrnej Góry i faktycznie się srebrzyły, choć żaden słoneczny promień nie zagrał w ich śniegowych czapach. To tylko biały śnieg odbijał stal pochmurnego nieba.

Maleńka wieś, według geografii, nie należy do Kotliny. Położona poza jej granicami, tworzy rodzaj przedmurza, może bastionu. Jednak w moim odczuciu była jej częścią, zewnętrznym  fragmentem tej samej opowieści, może uzupełnieniem, zakończeniem, jakimś post scriptum lub początkiem – jak kto woli… Z Kotliną wiązały ją dzieje podobnie splątane oraz skarb w ziemi ukryty – złoża srebra. Srebro sprawiło, że się urodziła, uroczo rozlokowana tuż u podnóża Przełęczy Srebrnej, będąc początkowo jedynie domem górników. Barwne, bujne życie toczyło się w sąsiednim Budzewie – targowej wsi Cystersów. Tu zaś panowały: ciężka praca i sny…

Patrząc teraz w dół, na uśpiony wąwóz srebrnych dachów, miałam wrażenie, że sny tamtych, pierwszych górników ciągle tu mieszkają, zmieszane z dzisiejszymi…

Jak wiele wsi  w samej Kotlinie, posiadających złoża wszelkich metali, Srebrna Góra rozwijała się, przeżywała swoje najlepsze czasy –  kiedy to z osady górniczej stała się miastem. Pozwolono jej posługiwać się własnym herbem i mówiono  nawet o „wolnym mieście Srebrna Góra”. Bogaciła się i wybijała na niezależność, a górnicy tłukli kilofami w poszukiwaniu kruszcu. To jego złoża ściągały do miasta przedsiębiorców, finansowanych przez wrocławskich patrycjuszy oraz magnatów świeckich i duchownych. Za ich pieniądze postawiono topnię srebra, do tej pory wytapianego w Złotym Stoku. Nocami zmęczeni górnicy śnili, że są właścicielami kopalń, gdzie górnicy tłuką kilofami… Ich sny błądziły nad miastem chowając się między pobliskimi górami, wypełniały ich kamienne szpary, a czasem wędrowały do Kotliny. Bywało –  rano nie mogli uwierzyć, że znowu są górnikami… Srebra zaś ubywało, aż jego zasoby całkiem się wyczerpały. Pozostało jedynie w nazwie przełęczy i miasta. Górnicy opuścili Srebrną Górę, ucichł stalowy dźwięk kilofów, życie zamarło, a w uśpionej dolinie sny rozpanoszyły się na dobre. Zawładnęły opuszczonymi domami, przeszkadzały ludziom w uprawie ziemi i hodowli zwierząt, wreszcie zasiadły przy pustych stołach w gospodzie i śniły o dawnych czasach.  Miasto zwolniło swój rytm, odrealnione trwało w czasie jak w wieczności, spało. Do dnia kiedy  upatrzył je sobie  Fryderyk II – miłośnik wojen, armii, wojskowych fortyfikacji i porządku. Zafascynowany strategicznym położeniem Srebrnej Góry, wybrał ją na miejsce budowy silnej twierdzy. Miała, od południa, bronić granic, jego poszerzonego po wojnach śląskich państwa. Na wzgórzach znajdujących się po obu stronach przełęczy postanowił zbudować dwa ogromne forty. Główny zespół obronny – na wyższej Srebrnej Górze, zaś fort posiłkowy – na niższym Ostrorogu. Spłoszone – dudnieniem żołnierskich butów, szczękiem żelaza, turkotem kół, głosem łopat i kilofów – sny, opuściły uśpione nad przełęczą miasto i przestraszone wyniosły się w góry. Wracały tylko nocami, kiedy robotnicy, wyczerpani pracą przy budowie twierdzy, zasypiali. Przychodziły, by pomóc zapomnieć o bolących mięśniach i kościach, o przykrym zapachu potu oblewającym im ciała, o łopatach i kilofach, o słońcu spalającym naskórek, wreszcie o krzyku i razach pilnujących  dozorców.  Przychodziły, by mogli marzyć. Co noc śnili, że  są dowódcami, wysokimi, sprężyście poruszającymi się młodzieńcami, o szlachetnych głowach. Mają piękne, odprasowane mundury, a przy mundurach błyszczące guziki zaś wypastowane nosy ich butów lśnią głęboką czernią. Pożądają ich młodych ciał kobiety, zatrzymując na dumnych twarzach aksamitne, mokre spojrzenia migdałowych oczu. Co noc sny kołysały ich zbolałe dusze niewolników. Nad ranem, odchodziły, wędrowały z powrotem w góry.   Przecierając budzące się oczy, czuli omdlałe bólem ręce oraz odmawiające posłuszeństwa nogi. Mimo to prace przy budowie twierdzy szły według określonego planu. Cztery tysiące robotników,  pracujących w  fortach w  okresie największego nasilenia robót,  żołnierze czuwający nad budową,  wrzaski, niemiłosierny hałas i huk – wszystko to zupełnie zmieniło charakter miasta. Bezpowrotnie przepadła cisza, oniryczny nastrój i swoiste opuszczenie, powodujące zapadanie się w czasie – po  prostu samo trwanie, bez celu i przyczyny. Teraz w Srebrnej Górze rządził prawdziwie pruski dryl, wywołujący strach, niepewność, niejednokrotnie rozpacz, ból i łzy. Prusacy w obawie przed wywiadem austriackim prowadzili nieustanne kontrole, rewizje i aresztowania. Każdy przybywający do miasta obcy, był automatycznie traktowany jako podejrzany i poddawany dokładnej inwigilacji. Dwanaście lat budowy fortów wycisnęło brutalny ślad na skórze Srebrnej Góry, zadało jej rany które nie chciały się goić. Cywilów, żalących się  na niegodne życie, niesprawiedliwość oraz krzywdy, Prusacy traktowali z pogardą, pozostawiając ich skargi bez odpowiedzi. Każdego roku budowę twierdzy wizytował sam król, żywo interesując się zaawansowaniem robót, a kiedy zasypiał śniło mu się, że jest wielkim, potężnym władcą, stojącym na czele armii kroczącej w zwycięskim pochodzie przez Europę…

Minęło trochę czasu, w którym twierdza rozbrzmiewała głuchym tupotem żołnierskich nóg, skrzypiała osiami kół armatnich oraz wszelkim nagromadzonym w niej żelastwem i straszyła konstrukcjami wojennych machin. Widać niedostatecznie, bowiem rząd pruski podjął decyzję o rozbrojeniu fortów jako przestarzałych, a więc nie mogących dobrze spełniać przypisanej im funkcji obronnej. Od tego momentu, w podziemiach twierdzy mieściło się ciężkie więzienie – czasem ostatni „dom”, cela dla zbuntowanych i niepokornych. Tak oto pośród wiecznej ciemności podziemnych  kazamatów, zamieszkały potwory i demony.  Wilgoć podziemia nasiąkała panicznym strachem, lękiem, bojaźnią i przerażeniem więzionych tu ludzi. Wypełniła się ich zapachem, który miał w murach pozostać na wieki. Wszak owego podziemia nigdy nie będzie można wywietrzyć…

Szliśmy pod górę. Śnieg głośno skrzypiał pod butami, bowiem świat otulony ciszą ciągle jeszcze spał. Przede mną, z szarości nieba, wyłaniały się sylwetki fortów. Patrząc na nie czułam, że się boję… Zbliżałam się, być może, do wnętrza celi, ale czy chciałam do niej wejść? To nie była cela stworzona przez naturę, jak choćby grota czy pieczara, do której wilgotnego wnętrza wejść można jak do środka ziemi lub siebie, zostawiając na progu całą zewnętrzność. Cela natury czeka na swego mieszkańca jak na gościa, chroni go przed deszczem, chłodem i dzikimi zwierzętami, sprzyja medytacji, świadomemu wędrowaniu w głąb, uwalnianiu się od świata i trwaniu jedynie w sobie, jak w świecie. Cela – wiezienie, do którego człowiek wtrąca drugiego, straszy i  przeraża, jako że jest gwałtem zadanym jego wolności…

Coś, jakaś siła, może czająca się za bramą tajemnica, pchała mnie jednak w kierunku tego więzienia – widma. Złowieszczo zazgrzytała stara, drewniana brama, gdy pchnęliśmy ją, wchodząc do fortu. Czyich duchów tu szukam..? Wtedy usłyszałam WILKA…

W latach trzydziestych dziewiętnastego stulecia, w srebrnogórskiej twierdzy więziono niemieckich demokratów, buntujących się przeciwko absolutyzmowi władzy królewskiej. Pośród nich znaleźli się członkowie grupy „Młode Niemcy”, a między nimi młodziutki intelektualista, dziennikarz piszący o Śląsku – Wilhelm Wolf, późniejszy przyjaciel Marksa i Engelsa. Wtrącony w przepaść wilgotnych kazamatów miał nauczyć się posłuszeństwa i pokory, zrozumieć, że puszczanie myśli pod prąd może skończyć się tragicznie. Miał z wolnego wilka stać się psem na łańcuchu pana. Choć bito go i torturowano, choć go wrzucono głęboko pod ziemię odbierając przestrzeń i powietrze, to nie udało się z wilka zrobić psa, bowiem wilki także w niewoli pozostają dzikie i wolne, i nawet tam chodzą samopas…

Wilhelm Wolf– ciarki przeszły mi po plecach… Takie rzeczy nie śniły się filozofom. Oto moja podróż zatoczyła koło, od WILKA do Wolfa. Rzeczywistość pisze najlepsze strony każdej powieści. Około półtora wieku dzieli mnie od kazamaty Wilhelma, gdzie trafiłam idąc tropą mojego WILKA. Zupełnie niedawno, WILK szukał celi w Kotlinie, by się w niej zaszyć i pracować. Na zewnątrz panował mrok, strach, szalała policja usiłując wszystkich inaczej myślących pozamykać w zimnych celach więzień. Na zewnątrz światem rządziły prawa stanu wojennego. Również w Kotlinie. Lecz WILK wiedział, że jest ona krainą wnętrza, trzeba je tylko dostrzec, by odnaleźć.  Wszedł do tego wnętrza zabierając ze sobą dwoje przyjaciół. Oni, tak wściekle tropieni i ścigani, pozbawieni domów, odnaleźli bezpieczną celę w jednej ze wsi Kotliny, w Jaszkowej. W grubych murach magazynów muzealnych, zaszyli się jak w celi, jak w twierdzy.  Mieli dużo papieru i czasu. Tak powstała głośna książka lat osiemdziesiątych, zatytułowana „Konspira. Rzecz o podziemnej solidarności”. Kiedy opuścili  celę, rozpoczęło się prawdziwe polowanie z nagonką… Wtedy doświadczyli celi innej – mrocznej i zimnej, wypełnionej po brzegi samotnością, celi na którą zostali skazani…

Stałam na dziedzińcu fortów i szeptałam do Wilhelma: Czy wiesz, że jeden z owych zamkniętych w muzealnych magazynach dziennikarzy nosił twoje nazwisko… On właśnie, biełyj wołk odinoczka, depczący teraz na dalekiej Północy swoją ścieżkę posłał mnie tutaj, bym własną odnalazła. Wędruję więc po wsiach i miasteczkach Kotliny szukając w jej ruinach luster, odbijających dawno utracony czas. Szukam śladów świetności i wyjątkowości tej ziemi, widzę w niej pogranicze, moje własne kresy, zastygam w jej pejzażach jak farba na płótnie, powoli odkrywając, że sama jestem kotliną – porośniętą dziką trawą, świerkowym lasem i buczyną – domem samotnych wilków…

Zrobiłam dwa zdjęcia i wyszliśmy… Miałam nadzieję, że dźwięk otwieranej migawki nie przestraszył duchów oraz snów śpiących między górami…

Kartka z Kłodzka i Rychnova

„Nie ma granic tam,

 Gdzie ręce podają sobie róże”

Rudolf Zrubek

Każda ziemia ma swoją stolicę, miejsce szczególne, w którym tkwi jej jądro. W Kotlinie takim miejscem jest Kłodzko. Jechaliśmy przez nie wiele razy w ciągu ostatniego roku. Zatrzymywaliśmy się, by pobiegać po starówce lub z twierdzy spojrzeć na miasto, by wreszcie coś zjeść i wracać do Wrocławia. Zawsze wtedy zastanawiałam się, jak można by o nim pisać. Wiele jest na to pomysłów. Zresztą Kłodzko zostało opisane w różnego rodzaju przewodnikach, przedstawiających jego skomplikowaną historię oraz wprowadzających turystę w świat zabytków miasta. Opisali je również dawni podróżnicy wędrujący przez Śląsk, opisali poeci – Anna Zelenay oraz Jan Kulka – związani z miastem i obserwujący jego codzienność. Dostało także opasłą monografię, dokumentującą jego dzieje od najdawniejszych, aż po współczesność. Gdy tak dumałam nad konstrukcją opowieści o Kłodzku, uświadomiłam sobie, że jego zabytki, urokliwe uliczki, kościoły, most nad Młynówką, będący miniaturą mostu Karola w Pradze – wszystko to mogę pokazać na fotografiach, lecz jego atmosfery tworzonej przez ludzi, nigdy nie uda mi się zamknąć w oku kamery. Może więc warto, spróbować zapisać Kłodzko, choćby jedną ludzką historią…

Krystyna

Zamykam oczy, usiłując dotrzeć do wnętrza pamięci, daleko, aż w przestrzeń dzieciństwa, które dzisiaj mitologizuje się i odrealnia gdzieś na dnie oka… Z samej głębi, z owego początku wydobywam obraz niewielkiego domu, do którego szło się ulicą biegnącą w górę. Dom był ciepły i żywy. Gadał pomrukując echem głosu ciągle obecnych w nim gości. Stukał talerzami, bulgotał wodą w czajniku, pobrzękiwał filiżankami, szeleścił płaszczami, skrzypiał starymi deskami podłogi i pojękiwał drzwiami zmęczonymi ciągłym otwieraniem i zamykaniem. A w pokoju na facjatce dwie małe dziewczynki szeptały z lalkami, potem biegały w gąszczu zarośniętego ogrodu, przyglądając się żabom mieszkającym w poniemieckim basenie, zarośniętym zieloną rzęsą. Z uchylonych okien docierał do ogrodu śmiech Krystyny, witającej w drzwiach kolejnych gości… Dom stal w Kłodzku przy ulicy Walecznych. Stoi tam jeszcze dzisiaj, lecz zupełnie inaczej wygląda, może jest nawet piękniejszy niż ten pamiętany. Wszak magia dzieciństwa sprawia, że zawsze widzę go takim, jakim był wówczas: maleńki domek jak chatka na kurzej łapce, stojący w środku Zaczarowanego Ogrodu, królestwo roześmianej, pełnej energii i pomysłów Krystyny… Moje wspomnienie, jej właśnie zawdzięcza swój czar i urok. Upływający czas jakby jej nie dotknął, trwa ciągle tak samo ciepła, serdeczna, tak samo roześmiana. Dlatego kiedy myślę: Kłodzko przed oczami staje Krystyna. Cała „ulepiona” z pogranicznej, kresowej gliny, a w tej glinie mieszają się ogromna pasja, ciekawość świata, szacunek dla przeszłości, tolerancja, przełamywanie stereotypów, dziwna – tylko na kresach obecna – nostalgia czy wreszcie wrażliwość na urodę górskiego pejzażu. Kresowy pejzaż czasem przypomina porzucone dekoracje dawno odegranej sztuki, pusty teatr opuszczony przez  aktorów. Do takiego teatru przywędrowała mała Krystyna. Dom pozostał na Wołyniu, bezpowrotnie utracony. Zanim trafiła do Kłodzka całą rodziną zatrzymali się w Brzegu…

Z pożółkłej fotografii sprzed lat, spogląda na mnie smukła dziewczynka, Lalka, Laluszka – jak ją w domu nazywano, może dlatego, że między trójką braci była prawdziwa, śliczną, wymarzoną lalką. Więc Laluszka, na zdjęciu sprzed lat, huśta się na żelaznej furcie ogrodowej… Siedzimy na tarasie kłodzkiego mieszkania, gadamy, pleciemy… Spojrzała na zdjęcie…

Wiesz, to było w Brzegu. Pamiętam ogromny dom pełen zakamarków, obcych mebli i przykurzonej woni cudzych perfum, anonimowej, niczyjej. Nigdy nie zapomnę też zapachu i smaku wielkiej białej bułki posmarowanej prawdziwym masłem, którą jadłam kołysząc się na tej bramie… Potem w Kłodzku wiele razy czułam w niemieckich domach zapach ludzi, którzy stąd odeszli. Na Wołyniu, szafy pewnie przechowały nasz…

Patrzyłam na rozsypane na stole zdjęcia. Były jak ślady życia, jak drogowskazy i znaki. Oto przede mną – zatrzymana w kadrze – młoda dziewczyna, stojąca wśród skał Gór Stołowych z grupą przyjaciół gimnazjalnych, spacerująca ulicami zdrojów, maszerująca po drogach między górami. Na niektórych fotografiach, gdzieś w tle rysowały się sylwetki barokowych kościołów z kopulami wież jak cebule, stare chaty sudeckie, walące się płoty, resztki napisów w obcym gotyku, przydrożne krzyże, kamienne rzeźby. Widziałam Krystynę pośród owej porzuconej scenografii, trochę sennej, czasem niezrozumiałej, zarówno w formie jak i treści – obcej, ale fascynującej i jednocześnie pięknej. Będąc uczennicą gimnazjum powoli uczyła się nowej ziemi, a poznając ją zaczynała rozumieć, gdzie żyje. Być może właśnie te pierwsze spotkania z ogromną przeszłością Kotliny, z jej zamkami, kościołami, figurami świętych, z pałacami i cmentarzami oraz z jej wszechobecnym opuszczeniem sprawiły, że Krystyna zapragnęła dotrzeć do prawdy o Kotlinie badając jej artystyczną twórczość, ów ślad pozostawiony przez dawnych mieszkańców. Do tego potrzebowała warsztatu. Była po maturze, kiedy na Uniwersytecie Wrocławskim wznowiono przyjęcia na historię sztuki. Krystyna została studentką. Wspominając ten okres, jej przyjaciele opowiadają, iż od pierwszej sesji, albo i wcześniej wiedzieli, że Laluszka po studiach wraca do siebie. Miasto nie zdołało jej uwieść nawet dumnym, strzelistym gotykiem kościołów. Owszem było piękne i fascynujące, lecz przecież między górami zostawiła barokowe kopuły. Oczy Krystyny często mieniły się ich srebrzyście spatynowaną zielenią. Po magisterium wróciła do Kłodzka. Okres studiów pozostał w pamięci twarzami przyjaciół i zwariowanym, przetańczonym czasem między sesjami. Tamten Wrocław jest już mocno odrealniony, zamknięty w kadrze fotografii, gdzie pożółkły jego ulice, rozmiękły kontury przyprószone kurzem czasu. Dzisiejszy to przystanek po drodze. Jedynie realne pozostały twarze przyjaciół, ciągle obecne w Kłodzku, we Wrocławiu, w świecie – tak samo jak wtedy bliskie, choć inne, bowiem każdego roku czas rysuje na nich zagadkowe kreski, rzeźbi bruzdy, przemalowuje włosy i oczy, a niektóre zabiera, przeprowadzając na drugą stronę. To dzisiaj… Wtedy życie dopiero się zaczynało, nabierało barw. Krystyna z powrotem znalazła się w pustym teatrze, w świecie martwych rekwizytów. Ożywić tę scenografię mogło jedynie uznanie jej za swoją, a przez to nadanie nowych sensów i znaczeń. Kłodzka twierdza przyglądała się jej, kiedy biegła co rano do Muzeum, gdzie pracowała jako asystent. Minęło trochę czasu, przyjęła posadę Powiatowego Konserwatora Zabytków. Wówczas naprawdę poczuła tę górzystą ziemię. Jeżdżąc po wsiach i miasteczkach Kotliny, docierając do najmniejszych parafii i kościołów, do maleńkich cmentarzy, tropiła i ewidencjonowała ślady. Zamykała przedmioty sztuki sakralnej i świeckiej w słowach zakładanych im kart, sprawiając, że miały otrzymać życie wieczne. Nazywała je dobrami kultury narodowej – w ten sposób nadając im nową jakość. Opracowując napotkane malowidła, rzeźby, meble, figury przydrożne i wotywne czy drewniane, cmentarne krzyże docierała do ich początków, odnajdując w  formie i treści elementy kultury rzymskiej, czeskiej i niemieckiej. Nie można więc było zrozumieć Kłodczyzny nie otwierając się na Czechy, odcinając się od spuścizny niemieckiej, bowiem w sztuce Kotliny odcisnęli swój ślad tworzący tu mistrzowie włoscy, czescy i niemieccy. Pozostawione przez nich dzieło było swoistym zlepkiem  kultur, szeroko określanym jako sztuka śląska. Jej przykłady wciąż obecne są na Dolnym i Górnym Śląsku, w Czechach, na Morawach, czasami w Austrii i Rumunii, bo i tam los prowadził śląskich artystów. Czasem Krystyna marzyła by powędrować ich drogą, odtworzyć tę, którą przebyli, wtedy dekoracje jej teatru otrzymałyby szeroki kontekst. Lecz powojenny świat podzielony był drutami granic, pasami oranej co wieczór ziemi, rowami ciągnącymi się wzdłuż słupów granicznych. I to była jedna granica. Druga powstawała w głowach i umysłach, w których jak pnącza kiełkowały, a potem rosły stereotypy, wzajemne uprzedzenia, jakieś żale i pretensje, nieufność oraz totalne niezrozumienie. Stereotypy można pokonać jedynie poprzez kontakty, swobodną wymianę myśli, dyskusje, po prostu – poznając się. Wtedy o takich kontaktach na terenie przygranicznym nie mogło być mowy, dlatego po obu stronach granicy powstawał mur fałszywych, jakże często krzywdzących poglądów. Po polskiej stronie śmiano się z przysłowiowych, anegdotycznych Pepików, zarzucano im tchórzostwo, jako że nie zrywali się do walki, jak my i nie grozili czołgom szabelkami. Podejrzewano – więcej, to była pewność – że skłonni byli współpracować z każdym możnym tego świata, a dla interesu własnego zaniedbywać narodowy. Polacy gardzili wiec Czechami. Z kolei oni widzieli w nas jakąś sztuczność, fanfaronadę, jakieś gesty wywodzące się z Polski szlacheckiej, postrzegane przez nich jako zupełnie zbędne, a przez to niezrozumiałe. Uważali Polaków za ludzi ogarniętych manią wielkości, szczycących się nikomu niepotrzebnym bohaterstwem, przeciwstawiając takiej postawie trzeźwe myślenie i pragmatyczne działanie. Krystyna pozostała  nietknięta, ominęły ją chore, stereotypowe sądy.  Jej myśli swobodnie krążyły miedzy górami, popychane wiatrem na drugą, czeską stronę.  I była ciekawa, ową twórczą ciekawością, z której rodzi się akceptacja oraz szacunek dla tego, co inne. Miała pewność, że region, w którym przyszło jej żyć nie poddaje się granicom, bowiem jednorodność obecnej po obu stronach gór Bystrzyckich i Orlickich twórczości owe granice rozsadza, czyni je sztucznymi tworami, wymyślonymi przez człowieka administracyjnymi podziałami, jakie niewiele, lub zgoła nic, miały wspólnego z historią i życiem tej ziemi…

Lato dyszy nad Kłodzkiem ciężkim, gorącym powietrzem. Na tarasie mieszkania Krystyny panuje jednak rześki chłód, sprzyjając rozmowie o dawnych czasach. Upał nigdy nie pomaga słowom, miesza myśli nadając im rysy szaleństwa. Chłód je otrzeźwia, pozwala pamięci sięgnąć daleko, czerpać z jej studni, jak ze źródła, odnaleźć pośród słów te najistotniejsze. Rozsypane na stole zdjęcia cisną się pod palce, przepychają się niecierpliwie, każde chce, by na nie popatrzeć. Spojrzenie sprawia, że staja się ważne, są początkiem kolejnej opowieści, nabierają życia w opisujących je frazach. Wybieram to, gdzie Krystyna stoi między drewnianymi rzeźbami. Zagląda im w oczy, być może szukając w nich prawdy o rzeźbiarzu…

  Wyciągałam te figury z zakurzonych zakamarków plebani, oglądałam, zakładałam im karty i opisywałam, nieustannie myśląc o tym, że niejednokrotnie drogi artystów działających na terenie Kotliny prowadziły przez Góry Orlickie wprost do Pragi, lub z Pragi przez Kłodzko dalej na Śląsk. Dlatego tak bardzo przeszkadzały mi granice i to, co one robiły z ludźmi, ciągle dzieląc, podczas gdy ja nieustannie dotykałam przedmiotów – właśnie rzeźby, malowideł, szkła – które łączyły, które domagały się wręcz tego, by Czechów widzieć jak współziomków, dziedziców tej samej kultury. Takiego spojrzenia wymagał charakter wykonywanej przeze mnie pracy. I pewnie, po wielu latach, nauczyłabym się rozumieć sztukę sąsiadów i ich samych, ale odbyłoby się to w sposób sztuczny poprzez studia i penetracje archiwaliów. Tymczasem los – on zawsze mi sprzyjał – sprawił, ze stało się inaczej. Pozwolił bym poznała Czechy poprzez obcowanie z ludźmi już wówczas, kiedy takie kontakty były zupełnie ograniczone i wręcz niewskazane. Wysłano mnie, wraz z polską delegacją, do Rychnova, gdzie w tamtejszym zamku otwierano wystawę poświęconą Leninowi. Tam poznałam Rudolfa ówczesnego konserwatora Rejonu Rychnov… Chcesz jeszcze kawy?

Chciałam. Krystyna wyszła do kuchni. Patrzyłam przez zieleń tarasu na galerię arkadowych okien, wypełnionych słonecznym światłem jak muślinem firanek. Za nimi, na dziedzińcu Muzeum Ziemi Kłodzkiej, pośród zieleni bluszczy, zaskakująco wyrastającej spomiędzy kamieni, mieszkał uskrzydlony, kamienny cherub, serafin – anioł. Ilekroć wchodziłam na ten dziedziniec, zawsze miałam wrażenie, że ów Boży dworzanin jest dobrym stróżem muzealnego podwórca, głównym aktorem, urządzonego w podcieniu galerii oraz na kurtynowym murze, lapidarium, obiecującym początkiem fascynującej wędrówki po wnętrzu dawnego konwiktu jezuickiego. Czekając na Krystynę myślałam, że właśnie Muzeum stało się największą przygodą jej życia. Jego wnętrze było teatrem, w którym na nowo odżyły rekwizyty porzucone w przestrzeni pogranicza. Tu wykreowała im scenę, wyczarowała klimat i nastrój, a one od nowa zaczęły znaczyć. Droga do tego wspaniale wyremontowanego gmachu była jednak długa i bardzo trudna. Od 1968 roku kłodzkie Muzeum było bezdomne. Poprzednia jego siedziba mieściła się w północnej pierzei Rynku, rozebranej z powodu zagrożenia fundamentów przez usuwający się grunt. Remont okazałego gmachu konwiktu, oddanego na siedzibę Muzeum, trwał długie dziesięć lat. Od początku tego remontu Krystyna była dyrektorem placówki. Dzięki jej energii i pasji oraz zapałowi maleńkiej grupy muzealników, w połowie lat osiemdziesiątych Kłodzko dostało Muzeum, wpisujące się w dawną tradycję miasta, gdzie krzyżowało się wiele europejskich dróg, skupiające życie artystyczne regionu, dokumentujące jego historię, wreszcie prawdziwie oddające klimat pogranicza. Już wkrótce było o nim głośno daleko, poza górami. Wszak musi być miejscem niezwykłym, skoro o jego wystawach opowiadają sobie jadący do szkoły młodzi ludzie, jak o dobrym filmie, czy poruszającej książce. O muzeach zwykle w autobusach nikt nie mówi, a o prezentacji kłodzkiej kolekcji zegarów, zatytułowanej „Oczy czasu”, mówiono we wrocławskim autobusie. Nic dziwnego, bowiem sposób ekspozycji zwykłego, wydawać by się mogło banalnego, bo masowo wytwarzanego zegara, jest w Kłodzku niezwykły. Siła tej wystawy bierze się z koncentracji i zamyślenia nad przemijaniem, w którym zegar odgrywa jakże istotną rolę. Odmierza bowiem sekundy, minuty, kwadranse, godziny dzielące od końca. Końca jednego życia, wieku, świata, wreszcie końca Czasu…

Wędruję między mechanizmami służącymi do jego pomiaru, zamkniętymi w przeróżne dekoracyjne formy: mahoniowe szafki, zwieńczone sterczynami, ptaszyskami, galeryjkami, obudowy blaszane, z ornamentem tłoczonym lub malowanym, figury gipsowe czy wreszcie zegary ukryte w obrazach, wprowadzone w ich materię jako element przedstawienia. Czytam aforyzmy rozpisane na białych chustach, podwieszonych u sufitu. To właśnie w ich treści, filozoficznej myśli, zamknięta jest refleksja nad nieuchronnością przemijania, nad czasem życia i śmierci, początkiem i końcem. Czas pojedynczego człowieka jest czasem przechodnia, ulotnym, prawie niezauważalnym w przestrzeni wieczności. A wieczność? Czyżby również była chwilą..? Tylko zegar tyka ciągle tak samo… Finał tej wędrówki jest zaskakujący. Opuszczając gabinet Gustawa Beckera, staję przed  ostatnią, mroczną salą…

Wchodzę w mrok, jak w czeluść, nieokreśloną granicami czarną dziurę, która nie ma początku ani końca, po prostu trwa. Oślepione ciemnością oczy, po chwili już widzą. Oto stoję na lustrzanej mozaice, na gładkiej tafli lustra jak na lodzie. Majaczą w niej zegary, jak we śnie. Ich tarcze mnożą się, zachodzą jedna na drugą, rozmyte, bezkształtne, odrealnione, a pomiędzy nimi moja twarz, ręce, nogi. Ciało w środku czasu, niewyraźne, obce, zawieszone. Lub czas w środku ciała, mierzony biciem serca, oddechem, upływający w ciele i zamknięty w nim niby w ściennej szafce, wymykający się spod władzy mechanicznej konstrukcji. Oczy nie rozumiejąc, szukają ucieczki, jakiegoś oparcia… i trafiają na ogromny barokowy konfesjonał. W jego wnętrzu znowu lustro, a na miejscu kapłana moja twarz…

Za „zegary” Muzeum Ziemi Kłodzkiej otrzymało nagrodę Ministerstwa Kultury i Sztuki, a w autobusach młodzi ludzie opowiadali o konfesjonale, w którym spowiadać trzeba się sobie samemu. Ta wystawa ma również aspekt regionalny. Kłodzkiemu muzeum, niejako odgórnie narzucono specjalizację. Po długich dyskusjach zdecydowano, że będzie ono dokumentować w swojej wiodącej kolekcji rozwój sztuki zegarmistrzowskiej w XIX i XX stuleciu. Jednak samo Kłodzko nigdy nie było ośrodkiem  budowania zegarów, choć miało swoje zegary wieżowe i paru znakomitych zegarmistrzów. Natomiast na Dolnym Śląsku działały dwie doskonale fabryki: świebodzicka Gustawa Beckera oraz druga, założona przez Edwarda Eppnera początkowo we Wleniu, potem przeniesiona do Srebrnej Góry. Dwie sale kłodzkiej ekspozycji ilustrują dokonania owych zakładów. Jedna z nich to mała scena –  wyimaginowany gabinet Beckera, urządzony sprzętami z epoki i oczywiście świebodzickimi zegarami.  W ten sposób refleksyjnej, filozoficznej myśli towarzyszy historyczna ilustracja łącząca „Oczy czasu” z zegarmistrzowską sztuką regionu…

Krystynę słyszałam z kuchni. Więc to nie tylko kawa przerwała naszą rozmowę. Na taras docierały, zatrzymując się tuż przed nosem, zapachy korzennych przypraw, opiekanego mięsa, delikatnego aromatu pędów bambusa, zanurzonych w sezamowym oleju i pewnie ryż dojrzewał w gorącej wodzie. Zrozumiałam.  Wszak Krystyna kocha karmić swoich gości. Teraz czarowała w kuchni po chińsku. Niektórzy powiadają, że jest najlepszym, w Kłodzku, chińskim kucharzem. Miałam kolejną chwilę na rozmyślania…

Oczy czasu” zaglądały głęboko, aż na samo dno duszy zwiedzających. Iluzja lustra ostatniej sali poruszała może najbardziej. Lecz była jeszcze jedna znakomita wystawa, która mocno odcisnęła się w pamięci Kłodczan i nie ich tylko. Wystawa rozegrana iście teatralnie, wspaniały spektakl barokowej rzeźby. Była to prezentacja dzieła Michała Klahra Starszego. Krystyna zatytułowała ją „Michał Klahr Starszy i jego Theatrum sacrum”. Do muzealnego wnętrza przeniosła, pochodzące z kościołów i parafii, drewniane figury świętych. I mimo, iż zostały one jakby „wyrwane” ze swego naturalnego otoczenia, przez co niejako pozbawione kontekstu, to dzięki znakomitej koncepcji wystawy otrzymały nowy wymiar, nową przestrzeń do wypełnienia. Oto stały się aktorami na scenie zaaranżowanego, świętego teatru. Tu na oczach widza Bóg Ojciec, Święta Rodzina, Chrystus Dobry Pasterz, Święta Maria Magdalena odegrać mieli swoje wieczne, biblijne misterium. Sceniczność ekspozycji podkreślały podesty, podia i piętrzące się ku górze schody, a także podkład muzyczny ulegający swoistej wizualizacji w „grających” rzeźbach. Oto Anioł z viola da gamba, Król Dawid z harfą czy wreszcie maleńkie putta z puzonem i trianglem. Podobnie jak „Oczy czasu” nie była to zwykła wystawa, mająca na celu dokonanie prezentacji dorobku twórczego Klahra. O sile jej oddziaływania zdecydował filozoficzny kontekst, próba sięgnięcia do scen archetypowych, a więc pierwszych, znaczących, tych najważniejszych, poprzez odwołanie się do biblijnej kary spadającej na winnego. W widownię kłodzkiego, świętego teatru wpatrywały się przerażone grzechem oczy Adama i Ewy oraz tryumfalnie patrzące oczy Archanioła Michała, wymierzającego sprawiedliwość. Winnym, cierpiącym i poniżonym, została wymierzona kara… Zatrzymaj się na chwilę, przysiądź, podumaj, zajrzyj w swoje życie, bo i ty nie uciekniesz od kary… – zdawali się przemawiać do żywych, drewniani, barokowi aktorzy tego theatrum sacrum… Również ta wystawa została nagrodzona przez Ministerstwo Kultury i Sztuki. O Krystynie zaś mówiono, że ma swoją, bardzo odrębną i oryginalną artystyczną wizję. Za jej sprawą kłodzkie ekspozycje żyją, szarpią, dręczą pytaniami, tworzą klimaty i nastroje – po prostu są niezwykłe, jak zresztą całe Muzeum Ziemi Kłodzkiej – teatr Krystyny…

  Rozmyślasz? O czym..? – weszła na taras z parującą patelnią. Wróciła do kuchni po talerze i sztućce, jeszcze raz po kawę, cukier, filiżanki, łyżeczki, jakąś zapomnianą salaterkę, koszyk z chlebem… Wypełniła ruchem, głosem, całą sobą, znieruchomiałą od upału i moich myśli przestrzeń… Chińszczyzna była wspaniała, delikatna, krucha, chrupiąca, kolorowa. Na talerzach, Krystyna tworzyła skończone dzieła. Bawiła się gotowaniem, a potem, gdy podawała  potrawę, sztućce były w jej palcach jak pędzel. Tu trochę czerwieni, tu żółci, tam zielony liść sałaty wyrastający spomiędzy bieli ryżu, tu odrobina kremowego sosu, gdzieniegdzie brunatny pasek grzyba, złocisty płatek cebuli… Wreszcie talerz gotowy, piękny, cały do podziwiania. Patrzyłam i patrzyłam, bo szkoda mi było, że zaraz to wszystko zniknie.

  Jedzenie powinno kusić, zachęcać kolorami, wtedy lepiej smakuje. No, jedzmy, bo wystygnie… – Krystyna przerwała moje rozmyślania. Potem, przy kawie, bursztynowo zabarwionej promieniami szykującego się do snu słońca, dalej plotło się nasze gadanie. Opowiadała o Rudolfie. Spotkanie na rychnowskim zamku, to początek ich ponad dwadzieścia lat trwającej przyjaźni. Zaczęła się w okresie, kiedy granice były tak szczelne, że listy z Kłodzka, do oddalonego o ledwie czterdzieści kilometrów Rychnowa, szły dwa, czasem trzy tygodnie. Trwała i rozwijalna się pomimo bezsensownych, absurdalnych, biurokratycznych przepisów, które wymagały zaproszeń, potwierdzanych różnymi pieczęciami, podań i kolejek po paszporty, wreszcie pomimo nieprzyjaźnie, podejrzliwie patrzących oczu celników w momencie przekraczania granicy. Spotykali się, bowiem w nich samych nie było granic. Była za to ciekawość, rodząca potrzebę kontaktu. Rudolf przyjeżdżał z Wierą, zaglądał do biskupa Arnosta pochowanego w Kłodzku, a później Krystyna woziła ich po całej Polsce. Kiedy Wiera zobaczyła „Dar Pomorza”, z rozpiętymi na masztach żaglami, usiadła w porcie i powiedziała, że nigdzie się stąd nie ruszy. Ten żaglowiec był pięknem samym w sobie, uskrzydlonym zjawiskiem, zapierającym dech w piersi zwłaszcza Czeszki, której ojczyzna nie posiadała morza. Oczy Wiery nie chciały się z nim rozstać… Potem Krystyna jechała do nich. Zwiedzali zamki i pałace, uczyła się czeskiego szkła i porcelany, przeżywała chwile zachwytu w czeskich divadlach, chodziła po Orlickich Horach. Wieczorami, przy czeskim piwie i znakomitym jedzeniu Wiery, poznawała biografię Rudolfa i jego pasje, opowiadane ustami żony, bądź jego samego. Bywało, dyskutowali długo w noc o przeszłości ziemi, owego regionu, który tak bardzo ich interesował, szukając tego, co łączy. Teraz Krystyna malowała tylko dla mnie portret Rudolfa. Tkała za pomocą silów i gestów, wzruszeń, uśmiechów, zamyśleń czy nagłych zawieszeń głosu, historię jego życia, której dopełnieniem miała być nasza wspólna podróż do Rychnowa, bym mogła bohatera opowieści poznać.

Rudolf

Urodził się w rodzinie kapitalisty. Majątek jego ojca, właściciela fabryki tekstylnej, szacowano przed wojna na miliony koron. W czasie powojennej nacjonalizacji, rodzina straciła wszystko. Za nim jednak do tego doszło, wybuchła wojna w czasie, której Rudolf złożył egzamin dojrzałości. Już wtedy interesowała go historia kultury, lecz nie mógł podjąć nauki na uniwersytecie, bowiem uczelnie były zamknięte, zaś profesorowie wywiezieni do obozów. Spędził więc rok w Szkole Tekstylnej w Brnie i zaczął pracować jako robotnik fabryczny w Nachodzie. Półtora roku odsłużył w wojsku…

  Wiesz, on mówi o tym: „…to było piękne – uwielbiam kawalerię…” Skończyła się wojna, przyszedł rok 1948, przynosząc ogromne zmiany własnościowe w Czechosłowacji. Cały dawny świat – jego porządek i wartości – wywrócił się, rozsypał jak domek z kart. Coraz bardziej mglista wydawała się Rudolfowi myśl o ewentualnym podjęciu studiów, gdyż najważniejsze stało się znalezienie źródła utrzymania. Znalazł pracę w Dobruszce, znów jako robotnik. Tam poznał Wierę. Pobrali się i przyszły na świat dzieci. Teraz musiał już utrzymać nie tylko siebie, ale i swoich najbliższych. Ciężko pracował, był zmęczony, miał wiele przyziemnych obowiązków, jednak ciągle w myślach wracał do przeszłości. Chciał ją badać, śledzić poczynania twórców działających w jego ukochanym regionie. To był jego świat – niepokojący, ciągle niepoznany, nieodkryty, a tak bardzo interesujący. Tęsknił więc, rozmyślał, aż w końcu postanowił, że będzie studiować pracując. Zapisał się w Brnie na etnografię i historię sztuki jako eksternista. Nareszcie ziściły się marzenia – zgłębiał te dziedziny humanistyki, jakie najmocniej go frapowały. W 1968 roku ukończył studia, a po dyplomie dostał posadę w rychnovskim Muzeum. W ten sposób zaczęły się jego poszukiwania i badania w regionie Orlickich hor. Krystyna twierdzi, ze Rudolf jest urodzonym regionalistą. Świat widzi poprzez region, będący w centrum jego zainteresowań. Tu wszystko się zaczyna, tu jest środek świata, stąd wychodzą wszystkie nici jego poszukiwań. Podąża za nimi przez Czechy i dalej do Europy, by zawsze wrócić z powrotem w swoje ukochane góry. Koło się zamyka. A krąg zainteresowań Rudolfa jest ogromny. Od pieśni i zwyczajów związanych z uroczystościami rocznego cyklu życia człowieka, poprzez hutnictwo szkła, tak wspaniale rozwijające się tutaj w XV, XVI i XVII wieku, architekturę, aż do twórczości wielu czynnych na tym terenie artystów. Ich ślady bada do dzisiaj. W czasie swoich „detektywistycznych” poszukiwań odnalazł na terenie jednej z parafii w Górach Orlickich autentyczne, mozartowskie nuty! Jedną z największych pasji Rudolfa były badania związane ze szkłem. Z wielką fantazją Krystyna opowiada, jak uczestniczyła w odkryciu ogromnej huty szkła nad Destne. Z przekazów, Rudolf zlokalizował położenie huty. Wyposażeni w łopaty ruszyli w górę i zaczęli kopać w zielonej trawie. Nagle coś zachrzęściło… Zorientowali się, że stoją na szkle. Ostrożnie więc odgarniali ziemię. Kiedy Krystyna wykopała kawałek renesansowego kafla i całą buteleczkę, cieszyła się jak dziecko skacząc z radości. Dzisiaj huta jest zabezpieczona i odtworzona, ale ona pamięta ogromny dreszcz emocji przeżyty dzięki Rudolfowi, sprawiający, iż poznała, co znaczy radość odkrywania… Wieczorem schodzili z łopatami w dół i śpiewali: „Wojacy idą… Boże, jaka to jest krasa…”. Owa „szklana” pasja zaowocowała też współpracą z Muzeum Ziemi Kłodzkiej. Rudolf wykonał szereg badan dotyczących hutnictwa szkła w rejonie Gór Orlickich po obu stronach granicy. Ogromnie skorzystali kłodzcy muzealnicy, dla których badania czeskiego etnografa były niejednokrotnie źródłem poszerzania wiedzy o regionie.

Wśród artystów tworzących w Orlickich horach najbardziej interesowali Rudolfa rzeźbiarze, zarówno profesjonalni jak i ludowi. Badał twórczość Matiasa Brauna – największego rzeźbiarza czeskiego baroku. Jego myśl i koncepcja artystyczna wpłynęła istotnie na rozwój całej rzeźby śląskiej. Bryc może dzieło Matiasa Brauna inspirowało Michała Klahra Starszego z Bielic? Rudolf poświęcił też sporo czasu rzeźbiarskiej rodzinie Mielnickich z Vamberku. Studia i badania nad kamienną rzeźbą stały się podstawą wielu monografii, których niestety nie mógł drukować. Jest to chyba najboleśniejszy moment w jego biografii. Wszystko, co pisał trafiało do szuflady, bowiem Rudolf miał zakaz publikowania. Cóż takiego się stało, że komunistyczna władza w Czechosłowacji kazała zamilknąć rychnovskiemu „detektywowi”? Otóż obok szkła, profesjonalnej kamiennej rzeźby czy czysto etnograficznych badań, niewątpliwie największą jego miłością były szopki, tworzone przez rzeźbiarzy ludowych. Szopki dotykały kultury chrześcijańskiej, jako że z jej tradycji wywodziły się ich przedstawienia. W laickim państwie był to temat niebezpieczny. Jednocześnie prowadząc badania nad szopkami, Rudolf dotknął sfery równie niebezpiecznej jak chrześcijaństwo – dotarł do śladów kultury niemieckiej, bowiem niejednokrotnie figurki do szopek wykonywali rzeźbiarze o niemieckich nazwiskach. Religia i Niemcy – tego nie mogła nie zauważyć komunistyczna cenzura, ponieważ taki krąg zainteresowań zagrażał ideologii młodego, socjalistycznego państwa. Ba, nasz bohater mógł ją w poważnym stopniu naruszyć, a może nawet wywrócić. Nikt nie zastanawiał się, nie próbował zrozumieć, że jako etnograf Rudolf interesował się przede wszystkim samą artystyczną formą szopki, charakterem umieszczonych w niej figurek, sposobem ich malowania etc. To zaś czy była wykonana przez Niemca czy Czecha niewiele go obchodziło Był to jedynie pewien fakt historyczny, którego nie sposób było pominąć, ponieważ dotyczył problemu autorstwa.

  Oto widzisz, jak badania nad szopkami postawiły mego przyjaciela w rzędzie pierwszych rewolucjonistów. Dzisiaj możemy się z tego śmiać, lecz wtedy, dla Rudolfa, była to prawdziwa tragedia. Kazano mu milczeć, a on chciał publikować, dzielić się wiedzą o regionie, docierać z nią jak najdalej…

Zakaz pisania to nie jedyna kara, jaka zadano Rudolfowi. Został wyrzucony z rychnovskiego Muzeum, zmuszony do znalezienia innej pracy, niewiele mającej wspólnego z jego zainteresowaniami. Kolejny raz przywdział uniform robotnika. Podjął pracę na kolei żelaznej w Pradze. Zamieszkał w drewnianym wagonie, samotnie, bowiem rodzina pozostała w Rychnowie. Raz w tygodniu przyjeżdżał, by spotkać się z najbliższymi. Ileż miłości musiało być w sercu Wiery, która w owych trudnych czasach czekała na niego, dodawała otuchy, wspierała, rozumiała i… tęskniła do normalnego życia, w normalnym świecie… Później jeździł po całej Czechosłowacji, pracując w fabryce fortepianów, w zaopatrzeniu. I ciągle czuł się usidlony, osaczony, skazany na szarą codzienność, na pracę, której nie lubił. Miał poczucie krzywdy i niesprawiedliwości, bywał przygnębiony, złamany. Tylko szukając, badając, spisując i odkrywając cuda codziennego życia – te z przeszłości i teraźniejszości, był prawdziwie wolny, bo tylko wtedy robił to, co najbardziej kochał. W owym czasie ogromną odskocznią była przyjaźń z Krystyną. Spotkania w Polsce dawały nadzieję, pozwalały choćby na chwilę zapomnieć o narzuconych, przez czeskich decydentów, ograniczeniach. W Kłodzku odkrył dla siebie bibliotekę Glatzer Gebrigs – Verein, gdzie zawsze trafiał na jakiś interesujący ślad. Mógł też napisać coś dla kłodzkiego Muzeum, podyskutować na temat przygotowywanych wystaw, pośmiać się, posprzeczać. Krystyna wspomina, że w okresie, gdy program muzeum regionalnego dopiero się rodził, Rudolf dał wiele cennych wskazówek, bowiem on jakby widział dużo szerzej, patrząc na pogranicze bardziej całościowo, zdając sobie sprawę, iż nie wolno lekceważyć jego przeszłości, a więc i zwyczajów nawet jeśli, jak często twierdzili polscy muzealnicy, nie było na tych terenach polskiej etnografii. Będąc w Kłodzku mógł zawsze odwiedzić miejsce spoczynku biskupa Arnosta z Pardubic, o którego nagrobku napisał artykuł dla pierwszego numeru Zeszytów Ziemi Kłodzkiej. Wreszcie to, że był otoczony przyjaciółmi, z których emanowała serdeczność i bliskość umacniało go w wierze, iż komunistyczny absurd nie będzie trwał wiecznie. W końcu przyjdą czasy, gdy będzie inaczej, po prostu normalnie. Spotkania w Polsce dawały oddech. Wracał do siebie czerpiąc z nich siłę, by kontynuować regionalne poszukiwania, a ich plony cierpliwie składał do szuflady. Tak mijały lata, a szuflada pękała w szwach…

Na tarasie było juz zupełnie ciemno, jedynie poprzez arkadowe okna sączyło się sztuczne, żółte światło ze sceny dziedzińca kłodzkiego Muzeum, zbyt skąpe, by rozjaśnić leżące w mroku stołu zdjęcia. Aktorzy fotografii pogrążyli się w ciemności, usnęli. Będą tak spali aż do następnego opowiadania, do kolejnego momentu, kiedy fragmenty historii zamkniętych w nieruchomych kadrach, ożywią słowa… Tylko kamienny Anioł – dobry stróż dziedzińca, trwał ciągle ten sam, bo jego rola rozpisana była na wieczność… Popatrzyłam na Krystynę. Była zmęczona, czułam, że chce zostać sama ze swoimi wspomnieniami, z tym kawałkiem życia, pod podszewkę, którego pozwoliła mi zajrzeć.

Wyszłam w ciemne, puste miasto. Na moście, przewieszonym nad Młynówką spojrzałam w oczy figur Sebastiana Fleckera. Byłam zupełnie sama, zrobiłam więc to, o czym zawsze marzyłam – wspięłam się na balustradę i przytuliłam do św. Jana Nepomucena, dotknęłam jego  kamiennej skóry, szorstkiej i chropawej. Ze wszystkich świętych kłodczyzny właśnie jego wybrałam sobie do miłowania, może z powodu cudnie smutnych oczu, a może dlatego, że znał, co to prawdziwe milczenie. Przez moment miałam wrażenie, że poddał się temu dziwnemu uściskowi, jakby czekał nań od wieków. Trwałam w objęciach kamiennego olbrzyma, skamieniała, zastygła, a jego tajemnica, przez tę jedną chwilę, była moja. Wieczny smutek pochylonej głowy, nagle stał się zrozumiały…

Schodząc z mostu myślałam o Rudolfie, ocalającym kamienne rzeźby po drugiej stronie granicy, opisującym, odkrywającym i o Krystynie tworzącej trupę pogranicznego teatru. Postacie z mostu nad Młynówką, miały w owym teatrze swoje role do odegrania…

Gdy dwa akapity temu żegnałam się z Krystyną, już w drzwiach, zamyślona, powiedziała: „Wiesz, tak wiele przeżyłam z Rudolfami, ale przede wszystkim zobaczyłam jak oni kochają tę swoją ziemię, jak są do niej przywiązani, jak bardzo o nią dbają pielęgnując tradycje i zwyczaje, jak przeżywają jej czas, jak się w niego wpisują… I myślę, że to jest wartość, że bardzo mnie to wzbogaciło… Zresztą, pojedziesz do Rychnova, to sama zobaczysz…”

Pojechaliśmy więc i… zobaczyłam. Weszliśmy do mieszkania. Od drzwi usłyszałam, że mam się czuć jak u siebie i natychmiast tak właśnie się poczułam, wsuwając stopy w miękkie kapcie. Wiera przygotowała wspaniałą wieczerzę. Jeszcze w Kłodzku Krystyna opowiadała o jej kuchni, gdzie podpatrywała jak gotuje po czesku. Z tej kuchni zawsze zabierała do Kłodzka jakiś przepis, jakieś nowe danie, którego smak długo czuła na podniebieniu. Usiedliśmy do stołu. Patrzyłam na Rudolfa. Dotąd był tylko wyobrażeniem, cieniem zbudowanym ze słów Krystyny. Teraz widziałam ich razem. Słuchałam jak rozmawiają. Najbardziej fascynujące było to, że każde z nich mówiło własnym językiem. A przecież język to świat, jaki potrafi stworzyć granice nie do przebycia oraz mury niezrozumienia. Miedzy Krystyną i Rudolfem granice nie istniały, nawet w języku potrafili je pokonać. Pytałam go o lata, które razem przepędzili, o jego pracę. Pokazał mi mnóstwo swoich studiów – tych już wydanych i tych, które istniały tylko w rękopisie. Oglądałam jego ogromną pracę doktorską dotyczącą regionalnych zwyczajów związanych z rocznym cyklem życia. Składały się na nią cztery opasłe tomy: Wiosna, Lato, Jesień, Zima. Za takie cztery, sfabularyzowane tomy Reymont dostał Nobla – pomyślałam… A Rudolf mówił, że jeszcze tyle jest do zrobienia, ubolewał nad tym, że nie wychował naśladowców, kogoś, kto kontynuowałby jego badania… Portret rysowany mozolnie przez Krystynę dopełniał się…

Ów rychnovski wieczór sprawił, że zobaczyłam dwoje ludzi jakże różnych od siebie, spierających się, dyskutujących głównie o ziemi, którą każde z nich widzi po swojemu, indywidualnie, ale jednocześnie nie dzielą jej na „moja” i „twoja” – zawsze mówią o niej nasza ziemia, nasze góry, nasze pogranicze, bowiem łączy ich, w sposób szczególny, ogromna pasja. W przypadku Krystyny przekłada się ona na trud budowania image`u Muzeum, poszerzania jego zbiorów oraz ich prezentacji w najbardziej wyrafinowanej artystycznej formie. Rudolf zaś jest „odkrywcą” całkowicie pochłoniętym potrzebą szukania, badania i zapisywania codzienności. W pewnym momencie ich drogi spotykają się, krzyżują i przecinają, bowiem to, co oboje robią ma wspólne źródło. Jest nim przywiązanie, miłość oraz fascynacja  ziemią, na której żyją. Nagle zobaczyłam jak bardzo Krystyna podziwia humanistyczną osobowość Rudolfa /często śmiejąc się nazywa go „Rudolf rychnovski Cesarz Habsburg” lub „Rudolf renesansu dusza”/, jakim szacunkiem darzy jego zainteresowania oraz przywiązanie do tradycji. On zaś – miałam wrażenie – postrzega ją jako człowieka wielkiego formatu, tworzącego europejskie muzeum tu, między jego górami. Do tego Muzeum niejednokrotnie wiodą drogi rzeźbiarzy, za którymi podąża, szopek, wreszcie architektury i całej duchowej kultury wspólnej ziemi, jaką było  pogranicze…

Gdyśmy wyjeżdżali z Rychnova, kolejny już raz myślałam o tym jak bardzo Krystyna oddaje charakter tętniącego życiem, pogranicznego miasta. Kiedy tu przyjechała, pejzaż tej ziemi był kresowy. Tu skończył się świat zapisany w niezrozumiałym gotyku. Do tego świata przybyli mieszkańcy zupełnie innych kresów, przywożąc ze sobą, dziwnie brzmiące w tej nowej krainie, śpiewne słowa oraz wspomnienie żyznej, tłustej, czarnej ziemi, rodzącej słodkie, pachnące pomidory. Owe pomidory, tutaj jawiły im się owocami utraconego raju pomiędzy maleńkimi ziemniakami, jakie z trudem wypluwała z siebie kamienista ziemia. Więc ci nowi mieszkańcy tęsknili do pozostawionych domów, do szerokiego nieba, do tłustej ziemi, do pomidorów… Czasem myślę, że zostali tam, daleko na wschodzie, w swoich ogrodach, a tu przybyły tylko ich cienie, zaś cienie nie żyją naprawdę. Dlatego oddana im kraina była coraz bardziej opuszczona, stawała się światem umarłym, niczyim, pełnym wielkich skrzyń i szaf przechowujących cudze zapachy, niepotrzebnych, w pośpiechu porzuconych sprzętów, w końcu pełnym niezrozumiałej historii. Kresy w Kotlinie były obcym, skończonym, porzuconym teatrem, powoli zamieniającym się w ruinę, po którym błąkały się ludzkie cienie lub ruiny ludzi – jak kto woli. Trzeba było zauroczenia, siły i odwagi, by taki teatr uznać za swój, ponownie zagospodarować, nazwać, zrozumieć, po prostu – tchnąć życie w umarłą przestrzeń. Dopiero wtedy mogłaby od nowa znaczyć. I Krystynie to się udało. Zakochała się w Kotlinie, mimo że była cudza, potrafiła patrzeć ponad granicami, nauczyła się czerpać ze wspólnej przeszłości po to, by lepiej zrozumieć teraźniejszość. Wszystko to sprawiło, że ożyły rekwizyty opuszczonego teatru. Wypełniła go aktorami, a obcą, dla tak wielu martwą, nic nieznaczącą scenografię, potraktowała jak swoja. Za jej przyczyną przedstawienie w kłodzkim Muzeum i w życiu ciągle trwa…

Kartka do Ciebie

„Dom na wzgórzu

 Księżyc spoczywa nieruchomo

 Trzęsące się cienie drzew wskazują na silny wiatr

 Chodź mała pobiegnij ze mną

 Pobiegnijmy…”

                      Jim Morrison „The Celebraitin of The Lizard”

„Jeśli powiedzą że cię nie kochałem

 To wiesz że skłamią…”

                      Jim Morrison „L.A. Woman”

Właśnie wyszedłeś z pokoju. Zostałam sama. Przede mną stół, pióro, dziewiczo białe stronice papieru, a we mnie drapieżny, szarpiący głos Morrisona oraz ogromne pragnienie pisania do Ciebie. Tak, właśnie do Ciebie, bowiem mam wrażenie, że daleko razem pobiegliśmy…

Oto nadszedł czas, by na  p a p i e r z e  pożegnać Ciebie i Kotlinę. Tak więc siadam do kartki pożegnalnej, specjalnej, może najważniejszej – „Kartki do Ciebie”. Wszystkie pisałam do tych, którzy Kotlinę kochali i kochają, za jej niepowtarzalną urodę, za klimaty i nastroje, za jej smutne, nostalgiczne pejzaże, za wschody i zachody, za jej opuszczenie i porośnięte pokrzywą, obsypane koralami dzikich bzów ruiny, za jej strumienie, przydrożne krzyże i kapliczki, za zadumane oczy kamiennych Nepomuków, za teatralne góry oraz za wszystkie ścieżki – te odkryte i te do odkrycia. Pisałam je także do tych, którzy przekraczając Przełęcz Bardzką czują się wolni, mając wrażenie, że oto wjechali do świata wewnątrz świata, gdzie czekają ich podróże bez granic, w głąb gór i w głąb siebie, w przeszłość i teraźniejszość, co niespodziewanie staje się przeszłością.

Od samego początku jesteś jednym z moich adresatów, kimś szczególnym, bez kogo nie byłoby „Kartek z Kotliny”. To Ty sprawiłeś, że moja niezwykła podróż stała się możliwa. Oddałeś mi każdą wolną chwilę, a nawet te przeznaczone na sen. Wstawałeś w środku nocy, by świtem błądzić ze mną między górami. Dbałeś o Fiestę, jak dba się o dziewczynę, by wiozła mnie tam, dokąd chciałam dotrzeć. Pozwoliłeś, by spełniło się moje marzenie o niekończącej się drodze , bo uwierzyłeś, że zapiszę świat, który oboje nas uwiódł, że wyrzeźbię go słowami tak, jak go widzieliśmy. Dzięki Tobie przeżyłam może najważniejszą podróż, najwspanialszą włóczęgę. Szliśmy daleko, w głąb gór, do wnętrza tej ziemi, by w końcu dojść do siebie…

Od dnia , kiedy zabrałeś mnie pierwszy raz w Góry Bystrzyckie, dzieli nas jedenaście tysięcy kilometrów asfaltowych, brukowanych i szutrowych kłodzkich dróg. Przejechaliśmy je przeważnie milcząc, wiedząc, że każdą podróż najpełniej przeżywa się w samotności, by u jej kresu spotkać się wymieniając wrażenia. Drogi Kotliny były Twoje, tak jak Twoja była muzyka, którą dla nich wybierałeś. W Bystrzyckich grali nam „The Doors”. Mówiłeś, że to są góry Morrisona. Jak on – pełne śmierci i samotności. Gdy pięliśmy się po Masywie Śnieżnika, w uszach brzmiała niemiecka, dynamiczna i dzika Nina Hagen. Jest tam droga wysadzana jarzębinami, wiodąca z Idzikowa, przez Przełęcz Puchaczowską, aż do Stronia Śląskiego. To o niej stara kobieta powiedziała nam kiedyś, że „jest wąska i bardzo niebezpieczna, bo prowadzi przez wielkie góry”. Muzyka Niny Hagen, pełna zaskakujących niespodzianek, epatująca ogromną energią, pomagała wspinać się w górę. Jechałeś tak, że pracujący silnik auta był dodatkowym instrumentem, doskonale harmonizującym z mocnym, niepokojącym głosem Niny, idealnie brzmiącym pośród „wielkich gór” Masywu. Nocą, gdyśmy jeździli po Górach Stołowych, trąbił nam Mails Davis z mrocznej „Agharty”. Inne trasy rozbrzmiewały głosem Erica Claptona, Micka Jaggera, lub Marka Knopflera z „Dire Straits”. W mojej ulubionej piosence „Brathers in Arms” śpiewał o zamglonych górach, dających schronienie. Pamiętam, że jeździliśmy też w zupełnej ciszy. Czasami była potrzebna, by wsłuchać się w siebie, niekiedy fragment oglądanej rzeczywistości narzucał ją, bowiem potrzebował zadumania lub kontemplacji… Późną jesienią, jadąc z Lądka przez Góry Złote, trafiliśmy na symboliczny grób Mariana Bublewicza. Zatrzymałeś samochód, muzyka w głośnikach umilkła, a Ty patrzyłeś na krzyż cały w kwiatach… Ruszyliśmy dalej i byłeś jakby nieobecny. Gdzieś za Złotym Stokiem powiedziałeś: „Wiesz, są w Kotlinie drogi, które kocham i których nie lubię… Tej nie lubiłem nigdy, a teraz się jej boję…” Za pomocą muzyki i ciszy tworzyłeś w aucie nastrój wyobcowania i dystansu, tak bardzo potrzebny przy obserwowaniu świata za pomocą aparatu. Aparat „widzi” naprawdę wtedy, kiedy stoisz na granicy, na krawędzi oglądanej rzeczywistości, kiedy tylko rozpuszczasz po niej oczy, jak obcy na nią spoglądasz. Często w Fieście siedziałam na owej krawędzi, a przez to byłam samym patrzeniem i czasem patrzenie zaglądało pod podszewkę oglądanego świata…

Teraz chciałabym Ci powiedzieć, że uwielbiałam tak z Tobą jeździć. Kiedy ja byłam jedynie patrzeniem, Ty byłeś samym jechaniem, długą, wijącą się zakrętami drogą, bez końca i początku, samą jej istotą – ruchem – niczym więcej…

Najmocniej zapadła we mnie nasza pierwsza podróż w Bystrzyckie Góry. Fiesta pełna była Jima Morrisona – szamana, poety, który chciał być drzwiami pomiędzy znanym i nieznanym. Owego dnia jego głos otwierał przede mną drzwi do tajemniczej krainy. Ujrzawszy ją – miałam pokochać, tak jak Ty pokochałeś, od pierwszego wejrzenia. Zaczęło się teatralnie. Zatrzymałeś Fiestę przed tablicą z napisem: Lesica i powiedziałeś: „Teraz patrz. Pokażę ci góry, gdzie droga nigdy się nie kończy… Mógłbym cię tu wozić przez całe życie. Tu życie mogłoby być drogą…” Ruszyliśmy powoli, by oczy mogły dobrze widzieć. Za Lesicą uśpioną i oniryczną, z domami napęczniałymi od snów, bardziej będącymi przywidzeniem niż rzeczywistością, wjechaliśmy w szeroką dolinę Dzikiej Orlicy, otoczoną zewsząd wielkimi pagórami. Dookoła siebie miałam szczątki opuszczonych dawno domów i hektary zupełnie pustych lasów i łąk. A mimo to nie byliśmy sami. Dzisiaj jestem przekonana, że w czasie tej pierwszej podróży towarzyszyły nam duchy dawnych właścicieli i mieszkańców tej ziemi, zbudzone mruczącym silnikiem auta, przywołane głosem Morrisona. Odkręciłeś muzykę do końca. Niesamowicie brzmiały w tych opuszczonych, zupełnie niczyich górach szamańskie wersy „Amerykańskiej modlitwy”. Miałam wrażenie, że Morrison recytuje z samego  środka kamiennych ruin. Poeta pytał:

„Czy wszyscy są?

 Czy wszyscy są tutaj?

 Ceremonia właśnie się zaczyna.

 Przebudź się!

 Nie pamiętasz gdzie to było

 Gdy skończył się sen

 Zbudź się

 Strząśnij sny ze swych włosów

 Słyszysz muzykę i głosy dokoła

 Wybieraj słyszysz zawodzenia tych którzy

 Żyli w Przeszłości…”

Słyszałam ich wszystkich…

„Czas powrócił

 Wybieraj oni ciągle jęczą

 W poświacie księżyca

 Na brzegu Starego jeziora

 Wejdź na powrót do słodkiego lasu

 Zanurz się w gorących snach

 Chodź z nami

 Wszystko zamieniło się w pył i wiruje…”

I zawirowała mi w głowie ta opuszczona kraina. Ruiny i krzyże, krzyże i figury, figury i drzewa, drzewa i duchy, duchy i… droga zarośnięta gąszczem krzewów. Ich gałęzie ocierały się o okna Fiesty. Gdy minęliśmy Lasówkę i dojechaliśmy do Zieleńca, powiedziałam: „Myślę, że znaleźliśmy ziemię wartą zapisania…” Pamiętasz, tak to się zaczęło…

Dużo później zrozumiałam, dlaczego chciałbyś żyć w Górach Bystrzyckich i czemu w czasie każdej jazdy do Kotliny  właśnie tam zawsze mnie wiozłeś. Przedziwnie, każda nasza kłodzka droga rozpoczynała się lub kończyła w Bystrzyckich Górach. One są, po prostu, stworzone, by jechać… A Ty przecież jesteś samym jechaniem, albo ono jest Tobą, albo już nie ma Ciebie tylko jest ruch, pęd powietrza, zmieniający się pejzaż i nitka drogi, która się nie kończy… Góry Bystrzyckie uwiodły Cię swoimi drogami. Odkrywałeś je dla siebie w czasie naszej włóczęgi przez Kotlinę. Najbardziej lubisz tę nad granicą, zaczynającą się w Lesicy, dalej: Niemojów, Poniatów, Rudawa i Mostowice, gdzie szosa łączy się z Autostradą Sudecką wiodącą aż do Przełęczy Polskie Wrota przez Lasówkę i Zieleniec. Na wysokości Hutniczej Kopy można zjechać z niej na Drogę Dusznicką, kończącą się w Dusznikach. Świtem trzeba poruszać się ostrożnie, bowiem lubią nią wtedy chadzać olbrzymie, baśniowe jelenie. Wyłaniają się z mlecznej mgły lasu i dostojnym krokiem wędrują całą szerokością drogi. Kiedyś tak właśnie się nam pokazały. Nagle ujrzałam wielkie poroża, spod których błyszczały orzechowe oczy. Zahamowałeś i zastygliśmy w bezruchu. Schodziły z góry wolno, bez strachu. Patrzyliśmy na nie oniemiali, a one zupełnie zdawały się nas nie zauważać. To był ich świat, w który wkroczyliśmy nieproszeni, będąc przypadkowymi świadkami odwiecznej, rytualnej wędrówki królewskich zwierząt do wodopoju. W ten sposób, na Dusznickiej Drodze dotknęliśmy tajemnicy, dotarliśmy do Praczasu, kiedy zwierzęta były jedynymi panami owej górzystej krainy. Wiele razy później jechaliśmy tą drogą wypatrując jeleni, lecz nigdy więcej ich nie spotkaliśmy…

Dalej  więc woziłeś mnie po Bystrzyckich Górach na wszystkie możliwe sposoby. W Mostowicach jechałeś na Jagodną, by stamtąd malowniczymi serpentynami Spalonej Drogi zjechać do Bystrzycy, wioząc w oczach cudne pagóry Kotliny. Lub jeszcze inaczej: od Międzylesia wjeżdżałeś na kręty odcinek Sudeckiej Autostrady, skąd przez Różankę, obok ruin zamku Szczerba piąłeś się nad Przełęcz nad Porębą, a potem przez Spaloną jechałeś do Mostowic, by wrócić na swą ukochaną, nadgraniczną drogę, wijącą się w dolinie Dzikiej Orlicy. Najbardziej fascynowała w niej bliskość czeskiej, a więc innej – początkowo wydawało nam się, iż tylko z nazwy – rzeczywistości. Kiedy patrzyliśmy na szeroką dolinę, granica dzieląca ja na pół była czymś zaskakującym i sztucznym. Strzegący jej, uzbrojeni żołnierze przypominali ołowiane figurki ustawione zupełnie przypadkowo, w zupełnie nieodpowiednim miejscu, bowiem ta dolina była jednością, jednorodną, wykreowaną przez naturę przestrzenią, zamkniętą jedynie górami. One stanowiły jej naturalne granice. Natomiast wymalowane na biało i czerwono słupki, jakieś graniczne tablice, szlabany, budki strażnicze- wszystko to były absurdalne rekwizyty, uniemożliwiające swobodne brodzenie w rzece, czy skubanie jagód po jej drugiej stronie. Nigdzie tak granica nie niepokoiła, nie denerwowała,  jak właśnie w dolinie Dzikiej Orlicy. Zabrałeś mnie więc do Czech, bym z drugiej strony rzeki spojrzała na dolinę i góry. Musieliśmy jechać dookoła, na przejście graniczne w Kudowie. Gdy z Trčkowa ujrzałam kościół w Lasówce oraz moją ulubioną ruinę z wielkim kominem, nie mogłam uwierzyć, że oto nie wolno mi iść prosto przed siebie, najkrótszą drogą do domu, w moje Bystrzyckie Góry. Były za rzeką na wyciągnięcie ręki, tak blisko, a przecież tak bardzo daleko…

Nie mogąc wrócić, ruszyliśmy nadgraniczną szosą po czeskiej stronie, mijając wsie i miejscowości o dziwnych nazwach. Ich litery były obce, zdobiły je daszki, apostrofy, kółka, sprawiając że stawały jeszcze bardziej niezrozumiałe, trudne do odczytania. Cóż mogły mi powiedzieć: Orlicke Záhoři, Černa Voda, Nova Ves, Podlesi, Mala Strena, Vhrni Orlice, Bartošowice v. Orlickih Horah, Ostrov i Mladkov – były tylko egzotycznie brzmiącą nazwą, niczym więcej. Co innego po naszej stronie. Lasówka to był wielki komin opuszczonej ruiny, Mostowice to barokowy kościół Narodzenia Najświętszej Marii Panny, a przed nim kamienna figura św. Jana Nepomucena, Niemojów to ruina dworu dawnych sołtysów, Lesica to początek drogi i kamienna, pochylona Pieta. Po polskiej stronie wsie znaczyły i były zrozumiałe, układając się w moją, jedyną mapę. Tu wszystko było obce. Im bardziej wpatrywałam się w mijany krajobraz, tym mocniej uświadamiałam sobie, jak bardzo jest on cudzy. Gdy wcześniej obserwowałam Czechy z polskiej szosy, wszystko w dolinie było podobne. Wtedy patrzyłam szerokim planem, pozbawionym szczegółów. Teraz widziałam w zbliżeniu, tak jak patrzy długoogniskowy obiektyw. Czerwonobiałe słupki graniczne, szlabany oraz budki strażnicze wciąż wyglądały absurdalnie, jednak im dalej jechaliśmy tym bardziej oczywiste stawało się, że wkroczyliśmy w zupełnie inny świat. Tworzyły go  zadbane, dobrze utrzymane domy, otoczone kwitnącymi ogródkami, czystymi podwórkami z wykoszoną trawą. Obok domów pobielone budynki gospodarcze oraz drewutnie z porządnie ułożonym drewnem, czekającym na nadejście zimy. I nawet droga ciągnąca się nad granicą była inna. Miała równą, gładką nawierzchnię, utwardzone pobocze, pozbawione dziko rosnących witek leszczyny, czy kłaniających się cieniuchnych brzóz, które po polskiej stronie, w przedziwnej pieszczocie, ocierały się o karoserię auta, tworząc zielony tunel, tajemniczy i nieodgadniony. Nigdy nie mogliśmy przewidzieć, co czeka nas za następnym zakrętem – jaką ruinę ujrzymy lub w jaką dziurę wpadniemy. Tu zaś wszystko było widoczne jak na dłoni, dzięki czemu droga była przewidywalna, jakby przejrzysta, pozbawiona tajemnicy. Minęliśmy tak wiele wsi, nie spotykając ani jednej ruiny, ani jednego ducha… Wszędzie żywi ludzie, krzątający się na swoich obejściach. Poczułam się dziwnie, jakoś nieswojo, obco. Niby te same góry, ta sama dolina, rzeka, a jednak to nie był mój świat, nie moja ziemia. Od wieków posiadała właścicieli troszczących się i dbających o nią, jako że byli w niej rozmiłowani. Jeszcze niedawno, bo czym jest sto lat w historii – chwilą ledwie, takie same domy jak te, na które teraz patrzyłam, musiały stać po drugiej stronie rzeki, bowiem zawsze była to jedna dolina, choć mówiono w niej różnymi językami. W owej dolinie rozwijała się ta sama twórczość artystyczna, panowała ta sama kultura duchowa, o czym najlepiej świadczą  przydrożne figury świętych i kamienne krzyże, obecne do dziś po obu stronach wartko płynącej Orlicy. Może nawet mieszkańcy wymieniali się bulwami roślin i podsyłali sobie wzajemnie dobrych cieśli i murarzy, kiedy trzeba było domy remontować. Skąd więc to opuszczenie po polskiej stronie, czemu niemieckie domy umarły, dlaczego zasiedlający je po ostatniej wojnie ludzie nie chcieli lub nie mogli tu żyć, a przestrzeń zamknięta między Górami Bystrzyckimi i Dziką Orlicą stała się ziemią niczyją…? Może jest tak – myślałam – że gdy raz utraci się dom, już do żadnego innego przywiązać się nie można… Do Lesicy, Niemojowa, Poniatowa, Lasówki, wreszcie na tereny całej Kotliny Kłodzkiej przyjechali repatrianci ze Wschodu, którym historia odebrała domy, żyzną ziemię, soczyste słodkie pomidory, sady gdzie jabłonie ciężkie były od owoców, kościoły i cmentarze z grobami najbliższych. Wyrwani z korzeniami, wprost z bydlęcych  wagonów wysypali się na nową ziemię, rozeszli  po górzystej krainie, by wejść do cudzych domów, pełnych obcego zapachu skąd w pośpiechu wyjechali ludzie, tak że czasem jeszcze garnki na płycie kuchennej były ciepłe. „Nowi” mieli te domy uznać za swoje, zadbać o  drzewa w sadach, nauczyć się kamienistej ziemi, pokochać lasy i góry. Widać nie potrafili, a może to właśnie ziemia ich nie chciała, nie przyjęła egzotycznych przeszczepów. To nie było ich miejsce, splądrowali je więc i zrujnowali nie rozumiejąc, a potem wyjechali i wszelki ślad po nich zaginął. A dzisiaj ja, wnuczka Wilka, który w czasie każdej wigilii we Wrocławiu mówił o następnej we Lwowie, patrząc na ziejące pustką ruiny domów ciągnące się wzdłuż rzeki, po polskiej stronie, rozkochałam się w tym pejzażu, może właśnie za jego opuszczenie, za smutek zgarbionych, zdziczałych śliw i jabłoni, za drogi, po których chadzają dumne jelenie i za  puste łąki, porośnięte wysoką trawą, gdzie trafić możesz jedynie na duchy lub siebie…

Dojechaliśmy do Boboszowa. Kiedy minęliśmy granicę, usłyszałam zgrzyt amortyzatorów na pierwszej dziurze*. Wtedy pomyślałam: jesteśmy w domu. W Międzylesiu spojrzałeś na mnie i zrobiłeś coś, czego w tym momencie najbardziej chciałam – skręciłeś na drogę do Lesicy, bo tam Morrison brzmi najmocniej, bo to jest nasza droga, nierzeczywista jak ze snu o duchach i ruinach. Owa droga sprawiła, że urodziły się „Kartki z Kotliny”, była naszą Narnią i tajemnicą. To o niej i o nas napisałam kiedyś wiersz:

W Kotlinie ukryty jest świat

Kruchy jak dotknięcie Twojej ręki

Gdybyś chciał gdybym chciała

Moglibyśmy go zdmuchnąć

Nieostrożnym oddechem

My na dwóch krańcach tego świata

Jesteśmy jak cienie znikające

We mgle

Jak pajęczyna

Lśniąca łzami rosy

W pierwszym brzasku słońca

Rozpuszczamy się

By powrócić w ciemność

Która była  jest

Naszą  t a j e m n i c ą

Kochany, jestem pewna, że wkrótce wyruszymy w następną podróż, tak jak wiem, że będziemy mieli kiedyś dom na wzgórzu, gdzie księżyc spoczywa nieruchomo. Dom, co stanie na krańcu którejś z naszych dróg bez końca… Chodź, pobiegnijmy, pobiegnijmy do niego…

A jeśli powiedzą, że mnie nie kochałeś, zawsze będę wiedziała, że kłamali…

* Po powodzi w 1997 roku większość dróg w Kotlinie Kłodzkiej została odremontowana. Dzisiaj droga z przejścia granicznego w Boboszowie ma całkiem nową i całkiem gładką nawierzchnię.

Ziemia Kłodzka, po roku wędrówki.

Epilog

Kartka z Kamieńczyka

Minęły dwa lata… „Kartki z Kotliny” leżały w szufladzie, cierpliwie czekając aż do nich powrócę. Tymczasem jeździliśmy do Kamienicy, gdzie spędzaliśmy noce pod gwiazdami, grzejąc się w cieple płonącego ognia. Włóczyliśmy się po górach, odwiedzaliśmy wyludnione wsie, by błądzić między ruinami, szukając w nich śladów dawnego życia, zaglądaliśmy do Muzeum Ziemi Kłodzkiej i do parków zdrojowych, wracaliśmy na nadgraniczną drogę w dolinie Dzikiej Orlicy. Czasem odwiedzaliśmy domy znajomych, którzy borykając się z wiecznymi remontami powoli osiedlali się w Kotlinie. Patrząc na ich ogromny trud oraz na rozterki związane z podnoszeniem domu z ruiny, uważaliśmy że o wiele prościej i ciekawiej jest domu nie mieć. Wtedy wydawało nam się, że taki dom to już koniec drogi pełnej ruchu i zmiany, bowiem dom jest statyczny i wymagający. Być może nie dorośliśmy jeszcze do podjęcia takiego wyzwania, a może po prostu nie trafiliśmy lub nie odnaleźliśmy domu, o którym pisałam, że stanie na krańcu jednej z naszych dróg. Dlatego uznaliśmy całą Kotlinę za dom, mając jej lasy za ściany, jej rozgwieżdżone niebo za sufity i miękkie trawy za posłanie. Zamieszkaliśmy w jej przestrzeni, która w niczym nie ograniczała. Mogliśmy cały czas być w drodze, wędrować z miejsca na miejsce, cieszyć się zmieniającym pejzażem, do nikąd się nie spieszyć, smakować ową ziemię, zaglądając we wszystkie jej zakątki. Jednocześnie uznawaliśmy ją za swoją i dzisiaj myślę, że owo oswajanie było pierwszym krokiem do prawdziwego domu, o którym wtedy zupełnie nie myśleliśmy. Minęły jedne wakacje, a my ciągle byliśmy w drodze, jak łososie, które żyją podróżując. Kolejne lato spędzaliśmy w Czechach, zwiedzając zamki i pałace w Častolovicach, Litomyšlu, Opočnie, Novym Měste n. Metuji, Ryhnovie, Dudleby, Frydlandzie, przyglądając się rzeźbom Matthiasa Bernarda Brauna w Kuksie nad Labem, chodząc uliczkami urokliwych miasteczek, czy odkrywając urodę morawskich jaskiń, gdzie pływaliśmy podziemną rzeką Punkwą. Tęskniąc do Kotliny, ruszaliśmy nadgraniczną drogą nad Orlicą i patrzyliśmy na polskie góry i puste łąki. Pewnego dnia, jadąc właśnie tą trasą, ujrzeliśmy dom, stojący na końcu drogi, po polskiej stronie. Zatrzymałeś auto i w milczeniu patrzyliśmy na ten ogromny, trzykondygnacyjny budynek. Jego skóra była chora, całymi płatami odchodziła od kamiennego ciała, okna świeciły pustką, a dach obok komina był dziurawy. Dom wyglądał na opuszczony. Wiele takich widziałam wcześniej w Kotlinie, lecz nigdy żaden tak mnie nie poruszył. Nagle, stojąc po czeskiej stronie, zapragnęłam mieć taki dom, dbać o niego i kochać go, sprawić, by wróciło życie w jego ściany, by już więcej nie był samotny. Oto Kotlina wołała mnie do siebie, zapraszała, nie w następną trasę, lecz do domu, który miał stać się kolejną drogą, zupełnie innym wędrowaniem, niż to jakie znałam do tej pory. Wieczorem, w czeskim schronisku, usiedliśmy nad mapą Gór Bystrzyckich. Bez trudu odnaleźliśmy miejsce, gdzie jak sądziliśmy opuszczony dom czekał na właściciela. Wieś nazywała się Kamieńczyk…

Minęło trochę czasu. Obraz domu ujrzanego znad granicy nie opuszczał nas. I właściwie zupełnie o nim nie mówiliśmy, ale każde z nas wiedziało, że następna droga do Kotliny, będzie wyprawą do Kamieńczyka. Jesienią, kiedy góry najpiękniej wystrojone, płonące złotem brzóz, rudościami oraz czerwienią buczyny, zjechaliśmy z asfaltu, prowadzącego do Boboszowa, w stronę wybranego w ogromnej skarpie tunelu. Jego ciemność była niewiadomą taką samą jak wieś, którą mieliśmy za nim zobaczyć. Z mapy wiedzieliśmy, że stoi tu najstarszy na ziemi kłodzkiej kościół drewniany oraz kończy się droga. Zaś z naszej włóczęgi po Czechach zapamiętaliśmy ogromny dom oparty o skarpę, stojący na końcu owej drogi. To do niego jechaliśmy. Jakież było nasze zdziwienie, kiedy wokół domu ujrzeliśmy biegające, roześmiane dzieciaki, a pod wielkimi, strzelistymi jesionami – auto z wrocławska rejestracją… Chciałeś odjechać, uznając naszą podróż za nieporozumienie. Coś jednak kazało mi Cię zatrzymać. Miałam ochotę porozmawiać z zarośniętym, ogromnym człowiekiem, który szedł w naszą stronę, uśmiechając się serdecznie i zapraszająco. Tak poznaliśmy Janusza. Zaprosił nas na herbatę. Pijąc i słuchając jego opowieści o tym, jak długo szukał domu w Kotlinie, jak go sobie marzył i jak w końcu trafił do tego miejsca, patrzyłam przez podzielone szprosami, stareńkie okna, na Masyw Śnieżnika, który „wchodził” do januszowego domu. Czułam, że nasza dwuletnia włóczęga gdzieś tutaj, w tej wsi na końcu świata, musi mieć swój kres, że pragnę takiego domu, by się z nim zmierzyć, by go pokochać, by do niego tęsknić we Wrocławiu, by go poznawać kamień po kamieniu, by był moim miejscem na ziemi, źródłem mocy, przystanią, twierdzą, tajemnicą,  rodzinnym gniazdem, utraconym dawno temu przez moich dziadków na wschodzie, środkiem mojego świata, wreszcie chciałam go, by móc przygarnąć i by on mnie przygarnął…

Zbieraliśmy się do wyjścia, a ja zupełnie nie wiedziałam co począć z owym pragnieniem, które tak niespodziewanie mną zawładnęło. Fizycznie wręcz czułam, że w Kamieńczyku czeka na mnie mój dom… Wyprowadzając nas Janusz powiedział: Jeśli szukacie domu, to może ten koło kościoła mógłby się wam spodobać. Sam myślałem o nim lecz wydał mi się zbyt duży, za bardzo zrujnowany… Poznacie go po ogromnej stodole, chyba największej w całej wsi. Piękny stamtąd widok, bo i kościół z jego malowniczą wieżą i cały masyw – w zasadzie na podwórku…To cześć, do zobaczenia…     

Ruszyliśmy powoli dziurawą, wąską drogą w kierunku środka wsi. Brązowe łąki pełne były uschłych ostów i dziurawca, a gdzieniegdzie wśród owych brązów czerwieniły się, nanizane na nitki babiego lata, jarzębinowe korale. Nisko chodzące słońce ogrzewało nam plecy, gdy stanęliśmy patrząc na drogę prowadzącą w górę, do kościoła. Pomyślałam o tych wszystkich ścieżkach wydeptanych przez ostatnie dwa lata w Kotlinie. O wymarłej drodze w Rogóżce, o zakrętach Przełęczy Puchaczowskiej, o rozcinającej na pół dolinę Dzikiej Orlicy nitce asfaltu, prowadzącej obok wielkiego, kamiennego komina ruiny w Lasówce, o baśniowych świtach w drodze na Szczeliniec Wielki, o ścieżkach Gór Bialskich z umarłymi drzewami, o malowniczych uliczkach Bystrzycy, o zacienionych alejach parków zdrojowych oraz o wielu jeszcze innych, na zawsze zatrzymanych w pamięci. Jednak na żadnej z nich nie czułam, że jestem wewnątrz kadru, zawsze byłam obok szukając tematów do zdjęć. Teraz zaś, od momentu przekroczenia ciemności tunelu prowadzącego do Kamieńczyka, nie opuszczało mnie wrażenie, iż oto jestem wewnątrz własnej projekcji. Tak jakby Kotlina postanowiła zamknąć mnie w sobie na zawsze, mając dosyć szarpania się ze mną i nieprzespanych nocy, gdy budziłam ją dźwiękiem otwieranej migawki. Czyżby naprawdę ową drogą prowadziła mnie do domu..?

W milczeniu poczęliśmy iść pod górę. Kiedy ujrzałam łysinę wzgórza i wyłaniającą się sponad niej cebulę wieży drewnianego kościoła, rozsypały się wszystkie moje zdjęcia jak domek z kart. Wiedziałam, że właśnie to jedno, jakiego na pewno nie uda mi się zrobić, bowiem tkwiłam w samym jego środku – będzie tym najważniejszym. Zdjęcie, którego nie ma, gdyż ono jest rzeczywistością, moim światem, moim miejscem na ziemi – to zdjęcie, do którego szłam dwa lata, nic o nim nie wiedząc, czekało na mnie w Kamieńczyku, obok kościoła, na zarośniętym podwórku, w miejscu, z którego tak dawno odeszli ludzie, że wypełniło się ciszą głęboką jak studnia. Skoro nie będzie zdjęcia, może słowa poradzą sobie z tym, co spotkaliśmy…

Wzgórze jak garb wielbłąda. Na nim siadł barokowy kościół drewniany, przykryty gontem, z wieżą zwieńczoną hełmem. Obok kościoła cmentarz zarośnięty, lekko opadający ku dołowi, otulony wysokim szpalerem zielonych świerków. Groby jego zapomniane, przykryte darnią i igliwiem, porośnięte ziołami i malinami, jakie tu z łąki przyszły. Wpatrując się uważnie, dostrzec można na połamanych nagrobkach zapisane w gotyku świadectwo o tym, że żyli tu Hana, Herman czy Wilhelm. Przed kościołem, mimo że późna jesień dokoła, razi oczy soczysta zieleń łąki. Skubią ją łaciate krowy, szeroko mieląc różowymi ozorami. Pasąc się podchodzą do samego kościoła, wygryzając tuż spod jego ścian smakowite kępy, nic nie robiąc sobie z dostojnej obecności Bożego Domu. Dalej spojrzenie szerokim planem, by detal zostawić na później, do smakowania, a teraz całość ogarnąć. Drugi garb wzgórza zajął zrujnowany, opuszczony, samotny dom – olbrzym wraz z ogromną stodołą. Cztery drzewa, jak baszty, strzegą jego obejścia. Pierwsza – stareńka grusza, o rozłożystych konarach, pochylona w stronę wschodzącego słońca, jakby w ukłonie na powitanie dnia. W przeciwległych rogach – grupy wysokich jaworów, o grubych pniach i szerokich gęstych koronach, niczym stróże tajemnicy, bronią dostępu wszędobylskim promieniom słońca. I wreszcie królowa baszt – jarzębina, wystrojona w naszyjniki korali. Przepiękna narzeczona wiatru, śpiewającego jej o miłości, pieszczącego delikatnymi muśnięciami jej smukłe, srebrne gałęzie, rozbierającego ją lekkimi szarpnięciami i rozrzucającego czerwone korale w wysoką trawę. Od południa – przepastny jesion tuli, w olbrzymich ramionach, samotność śpiącego od trzydziestu lat domu. Obok gruszy – ścieżka na porośnięte gąszczem dzikich bzów podwórze…

Oniemiałam… Oto dom na wzgórzu, z wiersza Morrisona. Pisząc o nim do Ciebie, nie przypuszczałam, że istnieje naprawdę… Z jego podwórza widać drewnianą cebulę kościoła oraz w dole cały nasz ukochany świat – Kotlinę wraz z teatralnymi górami Masywu Śnieżnika. U jego podnóża zabudowania Jodłowa, Potoczek, srebrzący się w słońcu dach bazyliki w Nowej Wsi, Międzylesie, Domaszków, szczyt Iglicznej z sanktuarium Marii Śnieżnej oraz Czarną Górę, gdzie w zimie można pojechać na narty do Lwowa… Siedziałam na owym podwórzu, w wysokiej trawie i nie mogłam uwierzyć… Oto zdjęcie którego nie ma, moje miejsce na ziemi, moja twierdza, mój zamek, moja cela – zdjęcie którego nie ma… Wzgórze, ścieżka, tropa,  niespodziewanie podarowana przez Kotlinę, będąca kresem jednej włóczęgi i początkiem drugiej. Pierwsza prowadziła w głąb gór, kamienistej ziemi, do wszystkich jej cudownych miejsc, druga będzie wędrowaniem  w głąb siebie, aż do końca samotności. Może to sen tylko…

To nie był sen. Siedzę oparta o blat wystruganego przez Ciebie stołu, w naszym domu, w Kamieńczyku. Przede mną, za oknem zielenieją góry, za mną gada czajnik na piecu… Na stole „Kartki z Kotliny”, które nas tutaj doprowadziły. Patrzę na nie i myślę, że pisać do Ciebie to marzyć, i każdego dnia bardziej tęsknić do marzenia o tym, by do Ciebie pisać, by siebie pisać, to jest – życie pisać, jak sen, co przyśnił się wędrującemu ciemną stroną księżyca, po której teraz stąpam delikatnie, by snu ze snu nie obudzić, by go nie spłoszyć, gdyż taki sen, jak życie, tylko raz zdarzyć się może… Chodź, podaj mi rękę, przeprowadzę Cię przez ciemność tunelu, byś mógł zobaczyć zdjęcie, którego nie ma… Potem opowiem Ci o Kamieńczyku, o moim  k a m i e n i u, o wszystkich kamiennych ruinach Czerwonego Strumienia porośniętych przez puszyste mchy, trawy i żółte rudbekie, o leżącym wśród świerków kamiennym Chrystusie, o Nepomuku bez głowy, roztrzaskanym, porzuconym i zapomnianym na leśnym rozstaju i o tym, który strzeże strumienia po czeskiej stronie – dumnym i zadbanym, o zwalonym nad granicą krzyżu z tajemniczymi inicjałami fundatora, o ukrytym między górami kościele zapatrzonym w obłoki, bowiem wzgórze, na którym siadł bliżej jest nieba niż ziemi. Opowiem Ci o chmurach chodzących po podwórzu mojego domu i o tym co czuję, gdy jestem w miejscu, które bliżej jest snu niż rzeczywistości, a jednak istnieje naprawdę… Więc chodź, podaj mi rękę, o wszystkim Ci opowiem…

 Na kamieniu, w Kamieńczyku, w Kotlinie Kłodzkiej* * 



Reklamy

11 Komentarzy (+add yours?)

  1. agrokotlina
    Lip 01, 2010 @ 10:43:56

    Zapraszamy do czytania nowego odcinka „Kartek z Kotliny” zatytułowanego „Kartki z Gorzanowa i Gór Bystrzyckich” 🙂

    Odpowiedz

  2. agrokotlina
    Wrz 18, 2010 @ 00:42:21

    Zapraszamy do czytania kolejnej kartki zatytułowanej „Kartka z Gór Stołowych”

    Odpowiedz

  3. agrokotlina
    Paźdź 27, 2010 @ 20:58:25

    Zapraszamy do czytania nowego odcinka „Kartek z Kotliny” zatytułowanego „Kartki z Bielic” 🙂

    Odpowiedz

  4. agrokotlina
    Sty 15, 2011 @ 01:15:08

    Zapraszamy do czytania nowego odcinka „Kartek z Kotliny” zatytułowanego „Kartki z wakacji”

    Odpowiedz

  5. agrokotlina
    Kwi 05, 2011 @ 21:24:09

    Zapraszamy do czytania nowego odcinka „Kartek z Kotliny” zatytułowanego „Kartka ze zdroju”… Miłej lektury 🙂

    Odpowiedz

  6. Helena Bilecka
    Lip 16, 2011 @ 09:55:07

    Magda, jestem pod wrażeniem, piękna Twoja Kotlina i piękna Dusza.
    Pozdrawiam
    Lenka 🙂

    Odpowiedz

  7. agrokotlina
    Lip 19, 2011 @ 19:49:55

    Zapraszamy do lektury kolejnej kartki zatytułowanej „Kartka ze Srebrnej Góry”… Lenko, dziękuję pięknie 🙂

    Odpowiedz

  8. agrokotlina
    Sier 21, 2011 @ 16:58:50

    Zapraszamy do czytania kolejnej kartki zatytułowanej „Kartka z Kłodzka i Rychnova” 🙂

    Odpowiedz

  9. agrokotlina
    Paźdź 18, 2011 @ 09:09:14

    Zapraszamy do czytania kolejnej kartki zatytułowanej „Kartka do Ciebie”… Potem już tylko Epilog. Miłej lektury 🙂

    Odpowiedz

  10. Adriana Jurczyk Duarte
    Lip 02, 2013 @ 14:39:56

    Pani Magdo, niesamowite są Pani Kartki z Kotliny..Często do nich wracam i czuję, jalby naprawdę choć na chwilę była w Kotlinie…Dziękuję.
    Adriana

    Odpowiedz

  11. Maria
    Gru 02, 2015 @ 19:23:27

    Pani Magdo, byliśmy w czerwcu w Lesicy, spędziliśmy kilka godzin z panią Małgorzatą Wolniaczyk, fotografowałam ruiny i stare drzewa, zdziwioną sarnę, łąki, pola, drzewa z nie do końca jeszcze rozwiniętymi liśćmi, jechaliśmy zadziwiającym szlakiem przez łąkę z rozległym widokiem – do Czerwonego Strumienia, ale nie doszliśmy tam do końca – słońce już zachodziło. Przejechaliśmy przez Kamieńczyk i nie trafiliśmy do Pani! A ja przed wyjazdem do Kotliny przygotowałam sobie wszystkie wydrukowane Kartki i one były naszym drogowskazem. Można je czytać dziesiątki razy, ale trzeba mieć wielki talent, żeby móc choćby wyrazić swoje uczucia – takie, na jakie zasługują. Miłość do Kotliny to jedno, ale taka iskra Boża…

    Odpowiedz

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: