Teresa

 agrokotlina_agroturystyka_siedlisko_w_cieniu_starych_jesionów_dom_teresy

Pojawiła się nagle, z pierwszym ciepłym podmuchem wiatru, jak kolorowe kopciuszki, przybywające tu wiosną w poszukiwaniu miejsca na gniazdo, tak i ona swojego miejsca szukała. Idąc w górę wsi zobaczyła dom przycupnięty za krzyżówką polnych dróg. Długi, parterowy budynek przykryty wielką czapą dachu, pod którą na południowej ścianie naliczyła osiem okien. Pomiędzy dwoma, zaokrąglonymi u góry, we wnęce powtarzającej ich kształt, stała figurka Matki Boskiej z Dzieciątkiem. Właśnie ta południowa elewacja rozbudziła wyobraźnię Teresy. Stała i dumała, jak też pięknie w zimową, trzaskającą mrozem noc, wyglądałyby z asfaltowej drogi okna, rozświetlone ciepłym, żółtym światłem. Płomyki świateł dawałyby nadzieję zbłąkanemu, zziębniętemu turyście, że za drzwiami znajdzie ciepło i wytchnienie po długiej wędrówce. Te okna i jesion strzegący obejścia sprawiły, że po powrocie do Wrocławia nie mogła uwolnić się od myśli o domu stojącym na rozstaju dróg, w granicznej, górskiej wiosce. O jego opuszczeniu, o tym, że potrzebuje kogoś, kto pokochałby go na nowo.

Niewiele minęło czasu, gdy Teresa otworzyła wszystkie okna swojego już domu, by uwolnić go od zapachu wilgoci, kurzu i grasujących wszędzie myszy. Dom Teresy, podobnie jak dom Janusza, był niezamieszkały zaledwie kilka lat. Musiała rozpocząć od wielkiego sprzątania, usunąć to wszystko, co nadawało się jedynie na śmietnik. Dwa kontenery rupieci wywieźliśmy stąd, masz pojęcie? Czy ktokolwiek potrafi zrozumieć, jaką pracę tu wykonaliśmy… Doskonale rozumiał Janusz, a Jarek zazdrościł Teresie, że pośród owych rupieci odnalazła tyle pięknych przedmiotów, autentycznie związanych z dziejami domu. Obaj zaś podziwiali jej energię i upór z jakim pracowała. Teresa założyła bowiem, że za cztery, góra pięć lat będzie mogła zamieszkać tutaj na stałe. Jej dom zasadniczo różnił się od kamiennych kolosów Janusza i Jarka. Był dużo mniejszy, wydawał się mniej zniszczony, toteż i zamysł Teresy całkiem realny.

Domek wyrasta prosto z ziemi. Centralnie dzieli go korytarz, zamknięty drzwiami od wschodu i zachodu. Owe zachodnie drzwi są głównym wejściem. Po lewej stronie – pomieszczenie dla zwierząt, ze znanym już, typowym dla regionu, beczkowym sklepieniem oraz maleńkim, półokrągłym oknem. Obok, pod schodami – komórka na drewno. Po przeciwnej stronie – drzwi do dużej izby, a za nią następne, prowadzące do głębokiej piwnicy, znajdującej się zaledwie pod jedną czwartą powierzchni całego budynku. Lekko skręcające, kamienne schody prowadzą na poddasze, podzielone bryłą komina na dwie części. Tu znajdują się dwa pokoje. Pierwszy, otwarty na południe, więc słoneczny, jasny. Drugi – na północ, zatem ponury, mroczny. Owe pokoje wydzielono ze strychu ścianami ułożonymi z surowych desek. Przestrzeń między nimi, wokół komina, Teresa zamierza zorganizować tak, aby pełniła funkcję małego holu.

Wróćmy na dół, do owej izby, w niej bowiem będzie się koncentrować życie domowników. Jest to pomieszczenie przestronne, pełne światła. Siedem okien, osadzonych we wnękach zwieńczonych łukami, sprawia że płynna jest granica między przestrzenią wnętrza, a otaczającym światem. Tu powstaje kuchnia połączona z izbą dzienną. Na ścianie bez okien są proste drzwi, a nad nimi drewniana półka. Na niej znajdą swoje miejsce różne ciekawe szklane butle, znalezione w czasie sprzątania. Za drzwiami była niegdyś malutka spiżarnia z niewielkim oknem. Teresa zdecydowała, że tu będzie łazienka. Osobliwością tego pomieszczenia jest wyrastający z poziomu podłogi wielki „brzuch” piwnicznego sklepienia. W stosunku do poziomu podłog,i łazienka i część izby znajdują się około pięćdziesiąt centymetrów wyżej, a to dlatego, że strop piwnicy lekko wystaje ponad poziom części niepodpiwniczonej.

Patrząc dzisiaj na ową izbę, na pobielone, nowo otynkowane ściany, na ramy okienne i szerokie parapety pomalowane ciepłą żółcią, na piękny, biały, kaflowy piec z dużym paleniskiem, duchówką i piekarnikiem (może nie do końca taki, jakim Teresa go wymyśliła i wymarzyła, niełatwo bowiem znaleźć dobrego zduna), patrząc więc na to wszystko, trudno sobie wyobrazić, że mogło tu być inaczej. A było strasznie… Wilgotno, zimno, ponuro. Gnijąca podłoga, ułożona wprost na czerwonej glinie klepiska, zimne, wściekle niebieskie ściany, zalane wodą z popękanych rur centralnego ogrzewania. Równie zimny i równie niebieski piec kaflowy, ani ładny, ani stary, bo stawiany grubo po wojnie, deszcz padający z dziurawego dachu, stuletni kurz, myszy, ukradziona figura Matki Boskiej z południowej elewacji i szmaty, sterty szmat z kanadyjskimi metkami. Brud niewiarygodny, z rodzaju tych najgorszych, ponieważ był to brud po ludziach…

Teresa czuła się zniechęcona. Widzieliście te niewielkie zniszczenia? – mówiła do Janusza i Jarka – Przecież tu wszystko trzeba zaczynać od podstaw… Jakże daleka była rzeczywistość od jej dumania na asfaltowej drodze, o oknach rozjarzonych ciepłym światłem. Jakim światłem, do diabła! – myślała Teresa – Przecież go tutaj zwyczajnie nie ma… Lecz owo pierwsze widzenie natarczywie powracało. Musiało mieć nadzwyczajną moc, bo pamięć o nim dawała siłę do działania, zaś noce przegadane przy ogniskach z Januszem i Jarkiem utwierdzały w przekonaniu, że ma obok siebie ludzi podobnie zwariowanych i nie w pojedynkę porywa się na niemożliwe… Może właśnie dlatego to niemożliwe stawało się zaledwie trudne, a za chwilę już wykonalne…

Najpierw trzeba było odkopać cały dom, by odizolować ściany choćby dysperwitem oraz założyć rurki drenażowe i odprowadzić wodę spod chlewa i stodoły. Potem powiesić rynny i zbić stare tynki, doprowadzić i rozprowadzić instalację elektryczną. Dalej wybrać i wyrzucić gnijąca podłogę, zaizolować, położyć papę, wreszcie wylać betonową szlichtę. Poprawić obsuwające się gonty, a miejsce gdzie całkiem spadły podbić deskami. Wreszcie wymienić kilka przegniłych okien na nowe. Wszystko to zostało wykonane drugiego lata, pierwsze minęło na sprzątaniu. Trzecie lato to nowe tynki oraz pionowa izolacja ścian, może jeszcze, jeśliby się udało, rozprowadzenie wody.

Kiedy robotnicy tynkowali, Teresa czyściła i malowała stare wagi, skrobała z niezliczonej ilości warstw olejnej farby ludową szafę, szorowała szarym mydłem podłogi na poddaszu oraz deski ścian w pokojach. Odświeżała wszystkie święte Bernatki i Mateczki – stare oleodruki znalezione podczas porządkowania, kleiła biskwitowego Pana Jezusa, który rozpadł się na ramionach przepięknie rzeźbionego krzyża. Malowała metalowe foremki, wieszaczki, karczowała dzikie maliny przed domem, przygotowując miejsce na malwy, a wolnych chwilach zbierała zioła, wypełniając ich zapachem cały dom. Skończyło się lato. Dom był otynkowany, miał wykopane, wymurowane i podłączone szambo oraz wprowadzoną i rozprowadzoną wodę. Teresa zaś postanowiła, że w następnym roku musi dostać nowy dach, gdyż stary jest podziurawiony jak sito.

Tak też się stało. Podczas słonecznych, jesiennych dni stary jesion patrzył ze zdziwieniem, jak jego gałęzie kładą się siatką cienia na czerwonym dachu, całkiem nowym, takim pięknym, najpiękniejszym w całej wsi. Duma rozpierała też bulgocący na płycie czajnik, ponieważ pieca na którym mieszka zazdrościli Teresie nawet miejscowi… Minęły cztery lata od dnia, kiedy poczuła, że tu właśnie jest jej miejsce na ziemi… W następnym roku zostanie położona podłoga, podłączona kabina z natryskiem. Teresa obedrze z olejnej skóry kredens kuchenny i małą, śmieszna szafkę, by ustawić je w kuchni. Powiesi na ścianach obrazki, wieszaczki, foremki, a w oknach firanki. Potem wstawi do pieca placek ze śliwkami, by za chwilę cała izba wypełniła się rozkosznym zapachem. Zwabieni nim zjawią się Janusz i Jarek. Zasiądą za stołem, by gwarzyć i smakować ten czas, dany im chyba przez samego Stwórcę. Za oknem noc, w kuchni Teresy strzela piec, a okna rozpalone ciepłym, żółtym światłem widać daleko z drogi…

A stare jesiony, w cieniu których usiadły domy Janusza, Jarka i Teresy szumią o tym, że tych troje wiedziało, gdzie szukać…      

Advertisements