Jarek

agrokotlina_agroturystyka_siedlisko_w_cieniu_starych_jesionów

 Wcale nie chciał mieć domu w górach. Owszem spędzał w nich  wiele czasu, przejeżdżając wszystkie możliwe drogi, a nawet ścieżki, ponieważ najbardziej kochał zmieniające się pejzaże, które przesuwały się przed oczami jak filmowe kadry. Jeśli jakiś szczególnie przypadł mu do serca, spędzał pośród niego noc, niejednokrotnie pod gołym niebem, przy ogniu, by świtem  znów ruszyć w drogę. Sam sobie był domem do czasu, kiedy z czeskiej drogi zobaczył dom Janusza. Wysiadł z auta i długo patrzył na ów samotny budynek oparty o skarpę. Wieczorem, w czeskim schronisku, usiadł nad mapą Gór Bystrzyckich. Bez trudu odnalazł miejsce, gdzie jak sądził, opuszczony dom czekał na właściciela. Minęło trochę czasu. Jesienią, gdy góry najpiękniej wystrojone, rozpalone świecami złotych brzóz, wyrudziałe buczyną, otulone mgłami, Jarek przekroczył ciemność wybranego w skarpie tunelu i zatrzymał samochód przed domem Janusza.

Kiedy zobaczył, że nie jest opuszczony, że biegają wokół niego roześmiane dzieciaki, a w cieniu jesionów stoi auto z wrocławską rejestracją, miał zamiar odjechać. Jednak Janusz, ciekawy przybysza, zaprosił go do środka na herbatę. Pijąc i słuchając opowieści Janusza, patrzył przez podzielone szprosami okna na zamglony Masyw Śnieżnika. Te góry były urzekające, piękne tak, że aż zdały mu się nieprawdziwe, jak fototapeta, jak kadr z filmu, który chce się zatrzymać pod powieką na zawsze. Wtedy zrozumiał, że chce mieć taki dom, by móc popijać herbatę patrząc na góry, a one będą tuż, tuż, na wyciągnięcie ręki. Odnalazł go w środku wsi, na południowym wzgórzu, tuż obok kościoła. Urzekło go zwłaszcza podwórko, ulokowane między domem, a stodołą, dające poczucie wyizolowania, wyjątkowej intymności. Kiedy stałem tam pierwszy raz – wspomina – miałem wrażenie, że to podwórko jest magiczne… Tu zatrzymał się czas i skurczyła przestrzeń… To wrażenie nie opuszcza mnie do dzisiaj…

Niedługo Jarek kupił stodołę i dom, i podwórko, i łąkę przed drewnianym, barokowym kościołem, scalając w ten sposób podzielone przed laty gospodarstwo. Trzydzieści lat dom stał niezamieszkały, nikt się o niego nie troszczył. Został splądrowany i zniszczony, pozbawiony okien i drzwi, a także kuchni znajdującej się w starym, rozebranym zupełnie niedawno, dziewiętnastowiecznym domku, do którego ten doklejono w początkach XX wieku. Pomimo owych zniszczeń , prezentował się imponująco. Zwłaszcza od południowej strony, gdzie olbrzymi, rozłożysty jesion obejmował go swoimi gałęziami, jakby pragnąc utulić jego opuszczenie i samotność. Ogromna budowla z kamienia i cegieł, posadowiona na wieńcu szerokim na około dwa metry, od południa przypomina twierdzę. Tutaj wysokość domu, liczona od podstawy do szczytu dachu, wynosi jedenaście metrów. Na parterze, w części gospodarczej oraz stajni, mury wykonane z kamienia rzecznego i piaskowca mają szerokość prawie dwóch metrów, podobnie jak ściany piwnicy, znajdującej się naprzeciw wejścia do stajni, służącej dawno temu do przechowywania ziemniaków. Dom połączony jest z piwnicą ceglanym łukiem, w którym niegdyś wisiały zapewne drewniane skrzydła bramy. Ceglane żebra, oparte na kamiennych ścianach, trzymają beczkowo sklepione stropy parteru. Podłogi wszystkich pomieszczeń na dole: ubojni, chlewu, korytarza i ziemniaczanej piwnicy, wyłożone są ogromnymi płytami rzecznego kamienia, zaś w stajni, płytami piaskowca. Na piętrze ocalały z wyposażenia jedynie jesionowe deski podłogowe.

Kupując dom, Jarek nie miał pojęcia, jak wygląda on w środku, bowiem przez wiele lat magazynowano w nim siano, którym był upchany od parteru, aż po strych. Całe pierwsze lato spędził na wynoszeniu owego siana, którego nikt nie chciał zabrać i paleniu go. Mdły zapach tamtych ognisk śnił mu się cały następny rok…  Kiedy w końcu wszedł do środka, zamarł w osłupieniu. Patrzył na odpadające tynki, na ślepe otwory okienne, na zbutwiałą, od lat nieczynną instalację elektryczną, na dziurawy strop przy kominie w jednym z pokoi na piętrze, na puste odrzwia… Wtedy zwątpił, uciekł do Wrocławia przerażony ogromem pracy do wykonania, przekonany że nie da rady, nie ogarnie…

Za tydzień rozpalił ogień w odkopanej latem ruinie i usiadł przy nim z Januszem. Księżyc przechadzał się nad górami, a oni sączyli czeskie piwo i rozprawiali o urodzie życia. O starych domach i ich dawnych właścicielach, o tym jak mądrze je stawiali, jak je kochali, a potem o sobie i o tym, co ich przywiodło do tego miejsca. Także o tym, że mają całe życie, by zadbać o domy, które już pokochali i że to dobrze remontować dom powoli, ponieważ robi się to w sposób przemyślany. W końcu o tym, że taki dom w górach, to azyl, ale także filozofia, sposób na życie, które można uczynić drogą do domu. Owa droga bywa najważniejsza, zwłaszcza wtedy, gdy trzeba się na niej skonfrontować z własnym marzeniem, a potem znaleźć siłę, by z niego uczynić rzeczywistość… Dom gotowy, ciepły i bezpieczny, taki do jakiego dzisiaj tęsknią, będzie ledwie śladem owej drogi, jej zapisem, być może na tyle inspirującym, że znajdzie kontynuatora…

Gwarzyli tak do świtu, a pewnie mogliby i dłużej… Po tej rozmowie Jarek był już na drodze do własnego domu. Przed zimą dom miał zamurowane niepotrzebne otwory drzwiowe, dostał stare – nowe okna oraz tymczasowe schody umożliwiające wejście do pokoi na piętrze. Załatana został a dziura w dachu przy kominie. Znajomi przywieźli starą kuchnię węglową, stół, dwa fotele, szafkę kątną  pełniącą funkcję kredensu i… zimą, przy temperaturze dochodzącej na zewnątrz do trzydziestu stopni poniżej zera, Jarek z córką i przyjaciółmi spędził w swoim domu pierwsze ferie. Bez prądu i z koniecznością noszenia wody z rzeki. W następnym roku dom dostał instalację elektryczną, każdy z trzech pokoi swoją „kozę” do grzania i pobielone ściany. A Jarek porządkował obejście. Karczował dzikie bzy, wyrywał pokrzywy, urządzał miejsce na ognisko, nosił kamienie na skalniak i… przyglądał się starym taboretom u Janusza, prostym, surowym zydlom.

W jego domu nie było żadnych mebli, nic nie ocalało. Kupił wprawdzie na wsi eklektyczną szafę, łóżko, nadstawę secesyjnego kredensu, a stół w antykwariacie, ale ciągle myślało taboretach z januszowego domu, o ławkach, które widział w okolicznych domach, o prostych, ociosanych stołach. One swoim stylem i charakterem wpisane były w ową górzystą krainę, na nich odcisnęły się ślady rąk tych, co je strugali. Którejś nocy, mając do dyspozycji mnóstwo starych desek odnalezionych w stodole, wiertarkę i piłę, zrobił swój pierwszy stołek. To było jak odkrycie… Od tego czasu w domu Jarka pojawiały się przeróżne sprzęty. A to krzesło – źrebaczek, okrągłe taborety, stoły na krzywych i prostych nogach, ławki, kufry-skrzynie, drewniane maselniczki i noże do masła, skrzyneczki na nici, małe apteczki, łóżko oraz pulpit na nuty dla córki – identyczny jak stojące na kościelnym chórze, a to wreszcie jesionowe i bukowe deski do krojenia o najprzeróżniejszych formach. Wiszą na ścianach i wszędzie ich pełno: deska jabłko, ryba, żołądź, grzyb, a nawet but Sindbada Żeglarz. Owe przedmioty w domu Jarka są jak dusza. Ich koślawość, nierówna linia, ich wklęsłości i wypukłości, a przy tym wszystkim ich zadziwiające proporcje, stanowią o urodzie przestrzeni, którą organizują.

Podczas tej „stolarskiej” roboty Jarek obmyśla swój dom. Na dole, w ubojni, widzi łazienkę, naprzeciw, w chlewie, kuchnia z białym, kaflowym piecem i zapieckiem rodem z rosyjskich baśni. Tam, w cieple, będzie można się wspaniale wyspać. Kuchnię połączy ze stajnią, w której powstanie sala kominkowa. Z tej sali będą prowadziły na górę drewniane schody. Nad stajnią, ogromny pokój, wysoki na pięć metrów, z piękną, bukową podłogą oraz antresolą  na poddaszu. Tam pokój ogrzewany kominkiem, z najpiękniejszym widokiem na panoramę Masywu Śnieżnika. Trzy już istniejące pokoje na piętrze urządzi swoimi meblami. W dawnej piwnicy na ziemniaki marzy mu się sauna z kamiennym paleniskiem, skąd będzie można zimą wybiec wprost w puszysty śnieg. Od południa, wschodu i zachodu dom obrosną winobluszcze, tworząc latem zielone, a jesienią gorejące czerwienią ściany.

agrokotlina_agroturystyka_siedlisko_w_cieniu_starych_jesionów_11

Kolejną pasją Jarka jest trawnik… Przekonany o mądrości Anglików, twierdzących, że wystarczy regularne koszenie, by trawa zagłuszyła wszelkie zielsko i chwasty, zabrał się do roboty. Mieszkańcy wsi długo nie mogli zrozumieć, dlaczego co tydzień odpala kosiarkę i chodzi za nią po dwunastoarowej łące. Kiedy im mówił, że to dla urody, patrzyli podejrzliwie. Wszak dla urody na wsi nikt nie kosi, szkoda paliwa… Jarek kosi dla urody już parę lat. Może dlatego przestali pytać. Choć czasem jeszcze kogoś wprawi w zdumienie obracający się całą noc zraszacz. Od kiedy do domu została doprowadzona woda ze źródła położonego prawie kilometr dalej, Jarek regularnie podlewa swój „trawnik”. Efekt jest niewiarygodny. Nawet późną jesienią, gdy wszystkie łąki wokoło wyrudziałe lub w kolorze spłowiałej słomy, „trawnik” Jarka jest wielką soczystozieloną plamą widoczną z okolicznych wzgórz. Któregoś dnia, właśnie kiedy kosił, usłyszał za sobą kobiecy głos – Czy wy mówicie po polsku…? Taki piękny, zadbany trawnik.. Myślałam, że wrócili tu Niemcy… To była Teresa.

Ciąg dalszy wkrótce…

Reklamy