Kończy się Niedziela Palmowa, a wraz z nią długi czterdziestodniowy post. Dzisiaj wkroczyliśmy w Wielki Tydzień i znowu czas zatoczył magiczne koło, a profanum ustąpiło miejsca sacrum. Każdy kolejny dzień rozpoczętego dzisiaj tygodnia będzie nosił przydomek „wielki”, by zakończyć się Wielkanocną Niedzielą. W tym majestacie, jeśli nic nieoczekiwanego się nie zdarzy, doczekamy Świąt i prawdziwej wiosny. Tu, w górach ona długo każe na siebie czekać. Ledwie tydzień temu moje prace w ogrodzie przerwał padający gęsto śnieg. Padał dwa dni kompletnie lekceważąc żółte głowy żonkili pod naszą gruszką, plamy fiołków na skarpie czy kobierce zawilcy na leśnych polanach. Przykrył te wszystkie cuda białym puchem, który już za chwilę był nie tylko zimny, ale i mokry. Kwietniowa schizofrenia – pomyślałam patrząc przez kuchenne okno.

Od kiedy nasz dom jest „Siedliskiem” zapomnieliśmy o życiu w mieście, ono coraz bardziej niewyraźne majaczy gdzieś na horyzoncie tego obecnego. Jednak całkiem niedawno, było wręcz odwrotnie. To dom był marzeniem, niezbyt wyraźną zjawą, która przychodziła do nas w snach na strychu, na Hutniczej we Wrocławiu. Co tydzień zostawialiśmy go w objęciach starego jesiona, nie mając pojęcia, że kiedyś zamieszkamy w nim na stałe. Nie wiedzieć czemu ów śnieg, który nie powinien był się już zdarzyć, przywołał wspomnienie o tamtym czasie, kiedy zaczynaliśmy naszą przygodę z domem w górach. Domów pod jesionami było w Kamieńczyku kilka…

agrokotlina_agroturystyka_siedlisko_stary_jesion

W cieniu starych jesionów

Tam dom twój

dokąd twe serce się wyrywa

 

Opowieść o domu jest zazwyczaj opowieścią o ludziach, o ich marzeniach i ogromnej pracy, by z paru ścian dom uczynić. Dom jest bowiem wielką przygodą, ale też wyzwaniem, zwłaszcza jeśli jest to dom w górach. Najpierw trzeba go odnaleźć, poczuć, że to właśnie ten, żaden inny, by później się z nim zmagać, oswajać i poznawać kamień po kamieniu. Trzeba go pokochać i mieć dość. Jeździć do niego, uciekać, a później wracać i dbać o każdą belkę, każde okno, o dach i fundamenty, osuszać jego ściany, leczyć ich pęknięcia, goić rany zadane mu przez zimę, zaglądać w każdą szparę i szczelinę, sadzić wokół niego drzewa i zakładać mu ogród, by przed wiatrem go chronił… a potem znów uciekać i znowu wracać, aby kiedyś zostać na zawsze…

agrokotlina_agroturystyka_siedlisko_tunel_wjazdowy

 Oto górska wieś w zabudowie łańcuchowej. Tu kończy się droga, tu – rzec można – świat się kończy. Z jednej strony odgradza ją długi, wybrany w wysokiej skarpie tunel, z drugiej – graniczny słup. Zimą wąska nitka dziurawej drogi jest nieprzejezdna, póki jakiś zbłąkany pług sobie o niej nie przypomni.

agrokotlina_agroturystyka_siedlisko_steinbach

Dawno temu, przed wojną , stało tu prawie sto budynków mieszkalnych, dzisiaj jest ich niewiele, może dwadzieścia, a reszta to ruiny lub ledwie ślady po nich. Dawno temu mieszkańcy kochali swoją wieś. Mieli tu młyn i szkołę, i gospodę, i drewniany kościół, i cmentarz, o który dbali. Dzisiejsi mają ciężkie życie, sporo rozebranych domów za sobą, zrujnowany cmentarz i przekonanie, że Stwórca o nich zapomniał, dlatego zazdroszczą tym na nizinach. Jakiś czas temu przybyli do wsi „wariaci” – uciekający przed monotonią nizinnego krajobrazu, a może jeszcze bardziej przed cywilizacją wielkiego miasta. Kupili opuszczone domy, aby realizować swoje marzenie o życiu w otoczeniu pięknej i wciąż jeszcze dzikiej przyrody. Najchętniej nigdzie by stad nie wyjeżdżali… Ich domy stoją w cieniu starych jesionów. Podobnie o nich myślą, podobnie je pokochali, bowiem odnaleźli wraz z domem swoje miejsce na ziemi…

 agrokotlina_agroturystyka_siedlisko_dom_janusza

Janusz

 Pierwszy był Janusz… Od dawna szukał domu w górach. Jeździł po Kotlinie Kłodzkiej, odwiedzał przyjaciół i znajomych. Patrzył na domy przez nich kupione i tęsknił do tego, który go zaczaruje. Miał być stary, bo stare domy mają duszę i położony tak, by góry były tuż, tuż, na wyciągnięcie ręki. Długo pielęgnował w sobie owo marzenie, aż kiedyś, w czasie podróży służbowej, wybrał się jeszcze na krótką wycieczkę. Wjechał pod tunel, za którym ujrzał napis: KAMIEŃCZYK. Nic nie wiedział o wsi, prócz tego, co wyczytał z mapy – kończyła się tutaj droga. Ot, taka jazda przed siebie, dokąd się uda dojechać. Dojechał do… domu z marzenia. Dom czekał na niego za wsią, na końcu drogi, samotny i opuszczony, oparty o skarpę tuż przy granicy. Przy południowej ścianie, od frontu, rosły dwa olbrzymie jesiony. Stojąc w ich cieniu Janusz widział przed sobą całą panoramę Masywu Śnieżnika. Przez chwilę miał wrażenie teatralności owego pejzażu. Oto znalazł się wewnątrz własnej projekcji, w samym środku marzenia o  d o m u  w  g ó r a c h.

Wkrótce kupił ów dom, by go oswajać, odkrywać, poznawać jego przeszłość, a więc duszę. Zaczął od wielkiego sprzątania. Nikt, kto tego nie przeżył, nie wie co znaczy zrobić porządek w starym, opuszczonym domu. Taki dom to wielka „manelarnia” – z całą masą butwiejących ubrań, przeróżnych sprzętów, naczyń, mebli lub ich fragmentów. Każdy zakurzony przedmiot trzeba wziąć do ręki i zdecydować co wyrzucić, a co zostawić. Podczas takich porządków dotyka się cudzego życia, owe przedmioty są bowiem jak rekwizyty niegdyś odegranego dramatu, gdzie aktorami byli dawni mieszkańcy. Są one materialnym śladem ich obecności.

Pierwszy okres Janusz wspomina jako wielkie palenie, przede wszystkim wiekowego siana, upchanego w stajni i stodole ale też całej sterty ubrań, szmat i najrozmaitszych rupieci, co na nic już nie mogły się przydać.

Trwało to długo, bo Janusz wyczulony na historię domu, porządkował ostrożnie, nie chcąc zbyt pochopnie usunąć czegoś, co było wpisane w jego dzieje. I tak ciągle trafiał na jakieś ciekawe przedmioty. Do dzisiaj służą mu dwie ludwikowskie szafy, mocno nadwyrężone przez drewnojady, prosty, masywny stół , ręcznie wykonane taborety i krzesła. Płaskorzeźbę jelonka-diabełka powiesił nad drzwiami jednego z pokoi i traktuje jak totem. W stajni odnalazł kamienne koryta, a na strychu odkrył ociosane pnie, z których patrzyły na niego niedokończone twarze, świadkowie twórczego niepokoju ostatniego właściciela. Zabezpieczył też jego „literacką” spuściznę, zapis pochodzący z chorej głowy samobójcy. I choć artystyczna wartość owych kartek jest wątpliwa, ułożył je w teczce i przechowuje przekonany, że to też jest kawałek historii domu.

Kiedy w końcu pozbył się wszystkich śmieci, dom ukazał mu swoje wnętrze. Długi, wykładany ociosanymi płytami kamiennymi, korytarz wprowadzał do środka. Po jego lewej stronie – drzwi do kuchni, gdzie zachowała się niemiecka terakota na podłodze oraz piec chlebowy. Za kuchnią niewielkie pomieszczenie – może było chłodnią, jak tutaj niektórzy nazywają spiżarnie. Z prawej strony do korytarza przylega stajnia. Na jednym z jej dłuższych boków – rząd kamiennych, wybranych w piaskowcu poideł. Piękne jest też beczkowe sklepienie, bardzo charakterystyczne dla tutejszego budownictwa. Solidne ściany domu – grubość murów wynosi, bagatela, około sto dwadzieścia centymetrów – wzniesiono z kamienia rzecznego oraz z żółtego piaskowca, kładzionych na zaprawie wapienno-jajecznej z dodatkiem gliny. Na piętrze, nad kuchnią – trzy pokoje w amfiladzie, a nad stajnią – obszerna, w szczycie dachu osiągająca ponad pięć metrów wysokości, stodoła. Nad pokojami – jeszcze strych.

Z owych trzech pokoi Janusz uczynił tymczasowe centrum życia, póki nie skończy się remont. – Może na emeryturze będzie tu tak, jakbym chciał – mówi, śmiejąc się. Pobielił więc ściany, sprawdził instalację elektryczną i urządził głównie meblami znalezionymi w czasie porządkowania. Pierwszy pokój spełnia funkcję kuchni, dwa następne to jadalnia oraz sypialnia. Przez małe, podzielone szprosami okna zagląda do jadalni słoneczne światło, rozproszone przez zieleń jesionowych liści. Do jadalni zaglądają też góry. Południowe okno „wchodzi” bowiem w Masyw Śnieżnika. W bezchmurne noce nad górami przechadza się księżyc, podglądając domowników, a latem gdy okna szeroko otwarte, koncertują świerszcze. Dom ożył, można w nim było spędzić parę wolnych dni, a nawet wakacje. Wspomnienia letnich wieczorów pośród przyjaciół, rozprawiających przy ognisku lub spędzanych w domu, wśród ciszy i fachowej literatury dotyczącej ratowania starych murów, czy też planowania różnych rozwiązań technicznych – Janusz wiózł ze sobą do Wrocławia, by ogrzewały go w zimowe dni, kiedy do domu trudno dojechać. Za to można o nim rozmyślać… Remont? Powoli będzie się toczył… Spartańskie warunki? No cóż, to przecież nie będzie trwało wiecznie…

I Janusz marzył. W wyobraźni oglądał swój dom za lat naście… Na dole będzie wielka kuchnia, z piecem kaflowym o dużym palenisku, gdzie na płycie zawsze gada czajnik, a z duchówki rozchodzą się rozkoszne zapachy. Na podłodze kafle w ciepłym, naturalnym kolorze. Trzeba będzie postawić długi i szeroki stół, by mogła przy nim zasiąść cała rodzina i wszyscy bliscy. Za kuchnią będzie malutka łazienka, a naprzeciw kuchni, w stajni, powstanie wspaniała sala kominkowa, z kominkiem tak dużym, jaki tylko uda się postawić. Tutaj zostanie zachowana autentyczna kamienna posadzka, wszystkie piaskowcowe koryta oraz ściany bez tynków, by pokazać, jak dom był budowany. W korytarzu też chciałby zachować starą podłogę, a ściany chyba jednak otynkować i pobielić. Może tylko jakieś elementy kamieniarki zostawić, jak choćby nadproża, odrzwia czy ułożone w przedziwny sposób ceglane żebra sklepienia… Dalej piętro… Wystarczy, bo gdy marzył o parterze, skończyła się zima… Po zimowym leniuchowaniu i rozmarzeniu przyszedł czas na działanie. W wolnych dniach Janusz jechał w góry…

Uporał się z porządkami, wykosił pokrzywy, ściął dzikie bzy, odsłaniając fragmenty murów jakiegoś budynku gospodarczego przylegającego do domu. Postanowił zostawić je jako żywą ruinę. Bardzo dobrze prezentowała się w krajobrazie. Po czym wnikliwie oglądał swój dom. Zdał sobie wtedy sprawę, że najważniejsze to zatrzymać proces niszczenia, zabezpieczyć przed deszczem i śniegiem oraz ratować konstrukcję budynku. Okazało się bowiem, że czas mocno ją nadwyrężył, zwłaszcza mury. Ściana wschodnia była wybrzuszona i groźnie zarysowana, zaś tylna, oparta o skarpę i przez lata przysypywana obsuwającą się ziemią, wymagała odkopania, by pozbyć się wilgoci oraz właściwie ocenić jej stan techniczny. Gdy dumał, jak się do tego zabrać, pojawił się Jarek…

Ciąg dalszy wkrótce…

Advertisements