agrokotlina_agroturystyka_siedlisko_spadający_liść

Listopad. Czas płynie w rytm spadających liści, a cała przestrzeń wypełnia się zapachem mokrych traw i mchów. Góry odwracają się tyłem do słońca otulone  gęstą mgłą. Na rośnych łąkach przekwitające wrzosy dźwigają ciężkie pajęczyny. Jarzębiny dawno zgubiły czerwone korale, w lesie coraz wilgotniej. Mój ogród gra w molowej tonacji, a jeszcze chwilę temu winobluszcze płonęły całą gamą czerwieni. Dzisiaj pozostały jedynie wspomnieniem.

agrokotlina_agroturystyka_siedlisko_bluszcze

Kolejny spadający z derenia liść kończy dzień … Kotlina zastyga. Jej palto z dnia na dzień traci barwy, których tak bardzo żal. Bywa, że niskie promienie słońca na chwilę wydobędą z tumanu siwej mgły tycjanowy blask modrzewiowych igieł lub niebieską plamę michałków w ogrodzie.

agrokotlina_agroturystyka_siedlisko_michałki (1) agrokotlina_agroturystyka_siedlisko_dzwonek

Owe kolory są w tej monotonnej, już ospałej przestrzeni czymś oszałamiającym, wręcz nierzeczywistym, zbyt krzykliwym. W listopadzie Kotlina ma kolor zaoranej ziemi, ściętej gryki, butwiejącej słomy, a o świcie srebrzy się szronem traw. My, Kotliniarze też zwalniamy, nasze życie koncentruje się wokół kuchennego pieca czy kominka. W murach  domów szukamy ciepła i zza szyby przyglądamy się leniwie spadającym liściom. W rytmie tego spadania upływają nam kolejne dni. Wieczorami zaś odbywamy podróże po Kotlinie, siedząc wygodnie w fotelu…

agrokotlina_agroturystyka_siedlisko_w_drodze_do_czerwonego_strumienia

Przymykam oczy i jestem na drodze do Czerwonego Strumienia.  Całkiem niedawno Towarzystwo Górskie „Róża Kłodzka” próbowało przetrzeć tam ścieżkę wiodącą śladami opuszczonej wsi. Z siekierami snuliśmy się między ruinami domów,  odkrywając dawny trakt wyznaczony sylwetami dwustu, a może trzystuletnich wiązów. Słońce grzało nam plecy, a my w gąszczu krzaków mijaliśmy fragmenty barokowych figur i krzyży przydrożnych oraz ruinę dawnej szkoły. Zaglądaliśmy do zawalonych piwnic i piliśmy wodę prosto ze strumienia.

agrokotlina_agroturystyka-siedlisko_ruina-kosciola-w-czerwonym-strumieniu agrokotlina_agroturystyka-siedlisko_barokowy-krzyz-z-czerwonego-strumienia agrokotlina_agroturystyka_siedlisko_czerwony_strumien_ruina_szkoly

Dzisiaj idę tam zupełnie inaczej. Przede wszystkim idę sama, nie ruszając się z fotela. Wystarczy przymknąć oczy, by ta wymarła i opuszczona wieś zaludniła się rozbrzmiewając głosem dzieci biegnących szerokim traktem do szkoły. W tym czasie ich matki siadały do warsztatów tkając kolorowe płótna, które w dzień targowy mężczyźni powiozą do pobliskiego Mittelwalde. Czerwony Strumień w 1631 r nazywał się Rotenflues, a od 1787 aż do 1945 Rothflössel. Osada powstała najprawdopodobniej w końcu XVI stulecia,, ale już w XIV wieku eksploatowano tu złoża rud żelaza. Wydobytą rudę przetapiano w jednej z dwóch kuźnic istniejących w Boboszowie. Początkowo tereny, na których później powstała wieś należały do państewka Szczerba, potem znalazły się w obrębie państewka międzyleskiego. Pierwszymi jej właścicielami, jak i całego dominium międzyleskiego byli bracia Michał i Dawid von Tschirnhausowie, którzy wkrótce sprzedali swe dobra von Althannom z Międzylesia .

agrokotlina_agroturystyka_siedlisko_czerwony_strumien_ruiny_domów

Idąc dzisiaj między ruinami dawnych domów trudno uwierzyć, że kiedyś owa wieś tętniła życiem. Była w niej odrębna parafia, istniał browar i szkoła katolicka ufundowana przez Josepha Knauera. Tu w 1764 roku Joseph przyszedł na świat. Czy jego ubodzy rodzice Teresa i Jan mogli przypuszczać, że ten biegający boso po okolicznych łąkach chłopiec będzie kiedyś mianowanym przez króla pruskiego Wielkim Dziekanem Hrabstwa Kłodzkiego. Pod koniec życia został arcybiskupem wrocławskim. Jego uroczysty ingres miał miejsce 16 kwietnia 1843 roku. Czy wśród tłumu wiernych przybyłych na tę uroczystość pod katedrę św. Jana Chrzciciela we Wrocławiu znaleźli się też mieszkańcy Czerwonego Strumienia ?

agrokotlina_agroturystyka_siedlisko_czerwony_strumien_zabytkowe_wiązy

O tym wiedzieć mogą jedynie stare wiązy, pod którymi przysiadam, by wsłuchać się w brzmienie panującej tu ciszy. Co jest w tym miejscu, że wędruję do niego od kiedy, przekraczając ciemność tunelu, weszłam w światło drogi prowadzącej w górę, do Kamieńczyka. W ruinach domów Czerwonego Strumienia można zobaczyć powojenną historię Kotliny Kłodzkiej jak w lustrze. Są milczącymi świadkami wygnań i opuszczenia, zasiedleń i odrzucenia, miłości i nienawiści, tęsknoty do normalności na pograniczu, gdzie po ostatniej wojnie świat bywał zgoła nienormalny. Z ciszy umarłego domu przychodzi do mnie opowieść o Polce, młodziutkiej dziewczynie, która przyjechała tu wraz z rodzicami z dawnych kresów Rzeczpospolitej, by tu na wschodnich kresach Niemiec, co chwilę temu stały się zachodnimi kresami nowej Polski, rozpocząć życie, które miniona wojna wywróciła do góry nogami. Dziewczyna była piękna. Z drugiej strony granicy przyglądał się jej młody Czech.

Na niego zaś patrzył kamienny, milczący Nepomuk. Chłopak chodził nad granicznym strumieniem i wypatrując Polki zakochał się po uszy, jakby zapominając, że miłość między granicami była wtedy zabroniona. Lecz miłość nie zna i nigdy nie znała granic. W tym absurdalnym czasie, ona jedna wciąż była normalna. Tak się w sobie rozkochali, że żadne granice nie były w stanie ich zatrzymać. Dzisiaj dziewczyna jest starszą panią, mieszka tuż, tuż po czeskiej stronie i gdy patrzy na ruiny Czerwonego Strumienia jej oczy są mokre od łez. W kamiennych ścianach umarłych domów wciąż milcząco trwa dramat owego uczucia, które tak bardzo nie podobało się ówczesnej władzy, zarówno po tej jak i po tamtej stronie, że za wszelką cenę chciała je zniszczyć. A to paszportu nie dali, a to chłopca ciągali na przesłuchania, straszyli, krzyczeli, bzdury opowiadali, wrogiem ludu nazywali…  Kiedy w końcu zamieszkała po drugiej stronie, długo bała się podejść do strumienia. Tymczasem wieś zasiedlona po wojnie przestała istnieć. Wojskowi przyjechali do Międzylesia i wybranym szepnęli, że mogą zabrać z Czerwonego Strumienia wszystko, co się zabrać da. Wjechały do miasteczka wiezione furmankami kredensowe zastawy, meble, garnki, obrazy, trochę książek, a nawet stodoła, która stoi w Międzylesiu do dzisiaj. Jednego dnia, po raz kolejny,  pozbawiono ludzi domów. Historia drwiła z nich, ale też i z tej ziemi, skazując ją na długie lata opuszczenia. Zrujnowane wsie Kotliny Kłodzkiej są jak wyrzut sumienia, tylko czyj? Na pewno nie tych którzy je rujnowali… Dzisiaj pochylam się nad kamieniami Kotliny, bowiem kocham tę ciszę, w której jakże wyraźnie brzmi kamienny szept o dawnych czasach. Wtedy domy Czerwonego Strumienia, Marianówki, Rogóżki były pełne gwaru zamieszkujących je ludzi. Tamci, dawni mieszkańcy sadzili w swoich ogrodach rudbekie i georginie, stawiali na traktach krzyże i figury świętych, by ich od złego strzegły, dbali o swoje kościoły i cmentarze. Tym, którzy przyjechali tu w bydlęcych wagonach, historia odebrała domy i cmentarze, jakże więc mieli pokochać cudze?

agrokotlina_agroturystyka_siedlisko_kamieńczyk_niemiecki_cmentarz

Dzisiaj w Kotlinie znaleźli się ludzie, którzy pokochali ruiny i obce, maleńkie cmentarze… Mój dom jeszcze piętnaście lat temu był ruiną, która urzekła nas tak bardzo, że znaleźliśmy siłę, by z niej na powrót dom uczynić. Wokół niego sadzimy rudbekie, michałki, irysy, georginie… Czyżby historia zatoczyła jakieś magiczne koło..?

Advertisements