Po długiej zimie…

•Luty 29, 2012 • 2 komentarzy

agrokotlina_agroturystykasiedlisko_kamienczyk_zima_2012

agrokotlina_agroturystykasiedlisko_kamienczyk_zima_2012

Czas zapętlił się zimowo i wypadłam z kart własnej fabuły, gdyż wessało mnie zwyczajne życie. Wracam, bowiem ufam, że jedynie świat zapisany istniej naprawdę.  Tworząc opowieści, nieważne czy bardziej, czy mniej prawdziwe, kiedyś po czasie możemy się z nimi skonfrontować i uwierzyć, że właśnie tak naprawdę było…

                                                                                   agrokotlina_agroturystykasiedlisko_kamienczyk_zima_2012   agrokotlina_agroturystykasiedlisko_kamienczyk_zima_2012

Zasypało nas tak, że drzwi trudno było otworzyć. Nie ma w tym nic nadzwyczajnego. Piąta zima spędzona w górach już raczej nie zaskakuje. Znamy porywisty północny wiatr, dujący mroźnym powietrzem, znamy zaspy po pas na drodze, znamy wreszcie śnieg padający początkowo leniwie i łagodnie, zupełnie tak, jakby świat za oknem był ogromnym, szklanym przyciskiem do papieru, w którym wirujące płatki śniegu opadając w zwolnionym rytmie, tworzą obrazy bliższe iluzji odbicia w lustrze niż rzeczywistości. Zupełnie niespodziewanie śnieg z łagodnego zmienia się w zawieję lub zamieć, sypie i sypie, a o poranku nie sposób zrozumieć czy poza otaczającą nas bielą istnieje coś jeszcze. W taki czas najważniejsze jest ciepło. To, którym dyszy kominek, ale i to którego szukamy między sobą, w ludzkich gestach, słowach, spojrzeniach. Owa mijająca zima, tak bardzo mroźna na zewnątrz, przyniosła nam moc takich ciepłych spotkań. W grudniu zjawiły się „dzikie gęsi” z Północy, by mówiąc najprościej przezimować na Południu. Nasz stary, niemiecki dom, stojący tuż nad granicą czeską, stał się gniazdem rodzinnym, po którym snuły się wspomnienia dawnych Wigilii i Świąt spędzanych w innym niemieckim domu we Wrocławiu, w którym nasz dziad Paweł każdą Wilię zaczynał od obietnicy, że następna to już będzie we Lwowie…

agrokotlina_agroturystykasiedlisko_kamienczyk_wigilia_2012

Gdy przyszło rozebrać choinkę, czy jak szczebiotała Mania „jołkę katoraja była takaja krasiva” dumaliśmy, ile jeszcze takich choinek przed nami.

Po „gęsiach” została książka, fotografie oraz nadzieja, że w przyszłym roku znowu spotkamy się w Kotlinie…

agrokotlina_agroturystykasiedlisko_kamienczyk_Lotem_gesi

agrokotlina_agroturystykasiedlisko_kamienczyk_zostało_trochę_zdjęć

Od Popielca zaczęła się odwilż. Śnieg siadł, rozmókł , a jego roziskrzona biel pozostała tylko wspomnieniem. Nad Kamieńczykiem zawisł mokry tuman, sprawiając że nastroiliśmy się przednówkowo i wręcz depresyjnie. Zza okna do domu włazi smuta. Taki pejzaż bywa męczący. Skoro jednak wszystko płynie, jest nadzieja, że wiosna zaskoczy nas wraz z nadejściem któregoś z kolejnych marcowych dni. Teraz pozostaje tylko czekać, bo jej przebudzenie, tu w górach, to zaiste cud prawdziwy…

agrokotlina_agroturystykasiedlisko_kamienczyk_wiosna_cud_prawdziwy

Jogini w Kamieńczyku

•Grudzień 15, 2011 • 1 komentarz

agrokotlina_kamienczyk_warsztat_jogi_B3

Przed planowanym w czasie długiego, listopadowego weekendu przyjazdem joginów, porządkowaliśmy salę w stodole oraz tonęliśmy w brzozowych i klonowych liściach, które zasypały całą łąkę, ogród, wszystkie ścieżki oraz nasz niemiecki cmentarz. Szurałam w nich co rano wychodząc na spacer z psami i było mi żal, że trzeba je będzie przed zimą posprzątać. W końcu opadły wszystkie.

agrokotlina_kamienczyk_warsztat_jogi_B5

 W pierwszych dniach listopada, drzewa z bajecznie kolorowych stały się graficznie ascetyczne. Ruszyliśmy do pracy.  Jej efektem były snujące się nad Kamieńczykiem dymy pochodzące z naszych liściastych ognisk…

 agrokotlina_kamienczyk_warsztat_jogi_B2

Otaczający nas pejzaż stawał się pastelowy, miękki, wydelikacony światłem wschodzącego słońca i księżyca. Miałam wrażenie, że zastygam w owym pejzażu, powoli stając się jego częścią. Śniłam go, czy to on mnie śnił, że sobie tak patrzę i patrzę… A tymczasem nadjechali jogini i trzeba było się obudzić, choćby po to by ich nakarmić…

agrokotlina_kamienczyk_warsztat_jogi_B4

 Zjechała do nas wrocławska szkola  Pawła Dabrowskiego.  Kiedy ja byłam “joginem w kuchni”, oni praktykowali swoje assany w naszej stodole, którą w czasie lata i jesieni przemieniliśmy w salę gimnastyczną. Kosztowało nas to sporo pracy i nerwów, więc z niecierpliwością czekaliśmy na ten warsztat jogi, który miał ową salę oficjalnie zainaugurować. Moje jesienne, wegetariańskie kuchenne rewolucje zaczęły sie od kolacji w przeddzień Świeta Niepodległości. Była aromatyczna, gesta, prawdziwie kremowa zupa z dyni podawana z uprażonymi pestkami, tortile ze szpinakiem i serem feta, sałata z rzokiewkami i pestkami słonecznika skropiona oliwą z oliwek, sery pani Agnieszki z Różanki, które zachwycają nie tylko joginów oraz powidła z naszej spiżarni w towarzystwie zielonej i czarnej herbaty. Świeto Niepodległości jogini uczcili trzygodzinną praktyką przedpołudniową oraz  czterogodzinną popołudniową, a ja  wegetariańską kartoflanką, kotlecikami z pszenicy i płatków owsianych w towarzystwie brokułów z czosnkiem zrumienionym na maśle oraz ziemniaków i syropem z kwiatów czarnego bzu z wodą źródlaną. Po kolacji usiedliśmy wszyscy razem na razgawory. Wtedy usłyszałam o ich wrażeniach dotyczacych naszej sali. Słysząc jak jest im w niej wygodnie i ciepło, jak pieknie słońce  ”wchodzi”  w kolejne okna, zostawiajac ślady w postaci świetlistych plam na modrzewiowych ścianach ,pomyślałam,  że nasze nerwy i ten zwariowany wysiłek minionego lata, że wszystko to miało ogromny sens.

agrokotlina_joga_sala_gimnastyczna4

Oto na naszym wzgórzu stworzyliśmy miejsce, w którym joginom dobrze… a nam dobrze razem z nimi. Już od jakiegoś czasu mam wrażenie, że od dnia w którym pojawili się u nas po raz pierwszy, zobaczyliśmy przed sobą nową drogę… Lecz znać ją to jedno, a podążać zupełnie co innego. Przed nami jeszcze ogrom pracy…

Joga w naszej agroturystyce

•Październik 17, 2011 • 3 komentarzy

agrokotlina_joga_w_naszej_agroturystyce_Padangustha_Padma_ UtkatasanaCałe lato remontowaliśmy naszą stodołę. Remont trwał i trwał, a ja myślałam, że to się nigdy nie skończy. W pierwszych dniach października stolarze zjawili się u nas po raz ostatni i tym samym dobrnęliśmy do wyczekiwanego celu… Mamy salę gimnastyczną dla joginów!!! Jeszcze tylko Jarek zawiesi zamówione lampy i w czasie długiego  weekendu w listopadzie nastąpi wielka inauguracja. Wtedy to zjedzie do nas na warsztaty Szkoła Jogi “Ananta” z Wrocławia.  Do tej pory jogini ćwiczyli w pokoju na drugim piętrze, teraz będą mieli do dyspozycji osiemdziesiąt metrów kwadratowych całkiem nowej,  pachnącej, modrzewiowej podłogi oraz piękne światło ze wschodnich i południowych okien. Każde z nich jak lustro odbija otaczającą rzeczywistość. W pierwszym – rozłożysty klon jawor, a pod nim kamienne głazy podobne macewom, w drugim – drewniana wieża osiemnastowiecznego kościoła, w trzecim – brzoza migocąca słonecznym światłem, wreszcie w czwartym – fragment ogrodu… a dokoła sudeckie pejzaże i cisza i pustka…

agrokotlina_joga_w_naszej_agroturystyce_sala_gimnastyczna

Na naszym blogu powstaje nowa strona na zatytułowana “JOGA W NASZEJ AGROTURYSTYCE” – tam już wkrótce będzie można znaleźć szczegółową ofertę dotyczącą zakwaterowania i wyżywienia. Wszystkich zainteresowanych, zwłaszcza szkoły jogi zachęcamy do jej odwiedzenia.

Kamieńczyk, 17.10.2011

Sylwester 2011

•Październik 10, 2011 • Dodaj komentarz

agroturystyka_siedlisko_kamienczyk_sylwester_2011  Zapraszamy do zapoznania się z naszą ofertą sylwestrową w

  zakładce “Nasze oferty specjalne”

Pani Jesień

•Październik 7, 2011 • 1 komentarz

Przyszła nie wiadomo kiedy… Nie pozwala spać, by porannego światła nie przegapić. Nie pozwala pisać, każąc zachwycać się sobą od rana do wieczora… Pani Jesień… Najpiękniej prezentuje się na fotografiach, więc odkładam pisanie na słoty, a dzisiaj zapraszam Państwa do jesiennej fotobajki… Odpoczywać w takiej aurze, to marzenie. I trzeba się spieszyć, bo urokliwy czas jesieni, niestety, bywa krótki…

pani_jesien_w_agroturystyce_kamienczyk_2011_1e

pani_jesien_w_agroturystyce_kamienczyk_2011_1

pani_jesien_w_agroturystyce_kamienczyk_2011_2

pani_jesien_w_agroturystyce_kamienczyk_2011_4

pani_jesien_w_agroturystyce_kamienczyk_2011_5

pani_jesien_w_agroturystyce_kamienczyk_2011_7

pani_jesien_w_agroturystyce_kamienczyk_2011_1a

pani_jesien_w_agroturystyce_kamienczyk_2011_9

pani_jesien_w_agroturystyce_kamienczyk_2011_11

pani_jesien_w_agroturystyce_kamienczyk_2011_12

pani_jesien_w_agroturystyce_kamienczyk_2011_13

pani_jesien_w_agroturystyce_kamienczyk_2011_14

pani_jesien_w_agroturystyce_kamienczyk_2011_15

pani_jesien_w_agroturystyce_kamienczyk_2011_17

pani_jesien_w_agroturystyce_kamienczyk_2011_18

pani_jesien_w_agroturystyce_kamienczyk_2011_21

pani_jesien_w_agroturystyce_kamienczyk_2011_25

pani_jesien_w_agroturystyce_kamienczyk_2011_26

pani_jesien_w_agroturystyce_kamienczyk_2011_27

pani_jesien_w_agroturystyce_kamienczyk_2011_30

pani_jesien_w_agroturystyce_kamienczyk_2011_31

pani_jesien_w_agroturystyce_kamienczyk_2011_33

pani_jesien_w_agroturystyce_kamienczyk_2011_34

pani_jesien_w_agroturystyce_kamienczyk_2011_36

pani_jesien_w_agroturystyce_2011_1g

pani_jesien_w_agroturystyce_kamienczyk_2011_1d

pani_jesien_w_agroturystyce_2011_1f

pani_jesien_w_agroturystyce_kamienczyk_2011_39

pani_jesien_w_agroturystyce_kamienczyk_2011_40

pani_jesien_w_agroturystyce_kamienczyk_2011_41

pani_jesien_w_agroturystyce_kamienczyk_2011_44

pani_jesien_w_agroturystyce_kamienczyk_2011_46

pani_jesien_w_agroturystyce_kamienczyk_2011_47

pani_jesien_w_agroturystyce_kamienczyk_2011_48

pani_jesien_w_agroturystyce_kamienczyk_2011_49

pani_jesien_w_agroturystyce_kamienczyk_2011_50

pani_jesien_w_agroturystyce_kamienczyk_2011_51

pani_jesien_w_agroturystyce_kamienczyk_2011_52

pani_jesien_w_agroturystyce_kamienczyk_2011_53

pani_jesien_w_agroturystyce_kamienczyk_2011_54

pani_jesien_w_agroturystyce_kamienczyk_2011_55

pani_jesien_w_agroturystyce_kamienczyk_2011_57

pani_jesien_w_agroturystyce_kamienczyk_2011_58

pani_jesien_w_agroturystyce_kamienczyk_2011_59

pani_jesien_w_agroturystyce_kamienczyk_2011_60


O tym, jak w Kotlinie odnalazłam ogród sztuki. Joseph Andreas Pausewang. Malarz stąd.

•Wrzesień 22, 2011 • 2 komentarzy

agrokotlina_agroturystyka_kamienczyk_babie_lato

Wrzesień. Na miedzach jarzębina ugina się pod ciężarem korali. Na trawach poranna siwucha rozedrgana promieniami nisko wschodzącego słońca i mgły unoszące się nad polami.  Ogrodowe cynie i mieczyki, zadziwiająco kolorowe, jawią się jak przybysze z zupełnie innego świata. Ten bowiem jest coraz bardziej monochromatyczny, ochrowo – słomkowy, subtelnie wyciszony, opleciony nicią pajęczyn, powoli zastyga, jakby do snu się szykował. Oto mamy babie lato. Od kiedy tu żyjemy, jest to moja ukochana pora roku. Choć po głębszym namyśle, każdą tak mogłabym nazwać, jako że każdą przeżywam w pejzażu, w otwartej przestrzeni, ograniczonej jedynie konturem Masywu Śnieżnika, który tylko pozornie tworzy jakąś granicę. Wszak za nim, za tym teatralnym górskim wypiętrzeniem, otwiera się kolejna przestrzeń. Wystarczy tylko na szczyt się wdrapać. Być może owo babie lato, a potem jesień i zima dlatego są tak fascynujące, że jest to czas, w którym mogę wejść w przestrzeń Kotliny dosłownie lub w wyobraźni, bowiem nic mnie już nie trzyma we wnętrzu domu lub ogrodu. Turyści podobni kolorowym motylom„odlecieli”, ogród zarósł w lecie i o żadną pracę się nie upomina, mam więc czas, by pobłądzić po Kotlinie, by się nią nasycić lub może lepiej – by po raz kolejny poczuć, że jestem jej fragmentem, elementem pejzażu zatrzymanym w kadrze płótna malarza…

agrokotlina_agroturystyka_kamieńczyk_babie_lato

Całe lato rozmyślałam o czasach, gdy Ziemia Kłodzka była ogrodem sztuki, terenem penetracji Kłodzkiej Grupy Artystycznej, miejscem inspiracji, twórczego niepokoju, krainą uwielbioną, której urodę „zapisali” na płótnie i papierze. Bywa, że mówi się o członkach owej grupy, iż byli Bractwem z Krainy Śnieżnika. Śnieżnik, owa najwyższa Góra Kłodzkiego Hrabstwa, zajmował w twórczości działających tu malarzy miejsce szczególne. Ich pejzaże są swoistą księgą Góry, kolejną kartą odkrywania jej mocy, niezbitym dowodem na to, że Góra bywa przebudzeniem, a także olśnieniem, bowiem to właśnie Ona pośredniczy między niebem, a ziemią, jest znakiem wieczności, swoistym sacrum, ale przede wszystkim bywa zaskakująca, nieprzewidywalna, niepowtarzalna i piękna. Nikt, a zwłaszcza artysta żyjący w cieniu Góry, nie może pozostać wobec niej obojętny, bowiem Góra jest wyzwaniem. Podobnie jak Pustynia, Góra to najlepsze miejsce dojrzewania Ducha, wyłuskiwania go z ciemności milczenia, zarówno Góry jak i Pustyni. Milczenie w konsekwencji prowadzi do sztuki. Milcząca Góra prędzej czy później zostanie „opisana” przez artystę. Kraina Śnieżnika w sposób niezwykły została zapisana pędzlem włóczących się po niej od połowy dziewiętnastego stulecia malarzy…

agrokotlina_agroturystyka_kamienczyk_babie_lato

W ciszy babiego lata i nadchodzącej po nim jesieni obcuję z Górą pełniej, a jej cień mam wrażenie, staje się realny, prosto – wychodzi z cienia. W mroku cienia wspomnienie lata nabiera barw. Bywa, że wraca nanizane na nici rozwieszonych na polach i łąkach pajęczyn. Wystarczy zamknąć oczy…

agrokotlina_agroturystyka_kamienczyk_malarz_stąd

Jest początek lipca. Upał dyszy nad Międzylesiem. Godzinę temu szliśmy chłodnym, bukowym lasem schodząc z Suchonia, szczytu który niewielu zna, bowiem prowadzi na niego niepozorny, trudny do „odczytania” szlak kopczykowy. Teraz stoimy na moście prowadzącym do międzyleskiej siedziby Althanów, czekając na otwarcie wystawy prac Josepha Andreasa Pausewanga, malarza, o którego istnieniu współcześni Międzylesianie mają blade, lub zgoła żadne pojęcie. Więcej, nie wyobrażali sobie, by w tym maleńkim miasteczku miała kiedyś powstać Letnia Galeria Sztuki. Marek, Beata i jeszcze paru szlachetnych „wariatów” bez pieniędzy doprowadzili do otwarcia owej Galerii, dla której pretekstem stały się twórcze dokonania malarza stąd, swoistego kronikarza życia miasta i okolic, poety śródpolnych kapliczek, kwiatów kładzionych w ceramiczne dzbany, kopuł okolicznych kościołów, wreszcie portrecisty zwykłych ludzi, głównie tkaczy, których „zdejmował” pędzlem w trakcie pracy.

agrokotlina_agroturystyka_kamienczyk_pausewang5       agrokotlina_agroturystyka_kamienczyk_pausewang      agrokotlina_agroturystyka_kamienczyk_pausewang4

Joseph Andreas urodził się w 1908 roku w pobliskim Boboszowie. Dwa lata później rodzina Pausewangów zamieszkała w Mittelwalde. Tu Joseph ukończył szkołę podstawową, po czym przez półtora roku pracował w firmie transportowej. Rodzice widzieli w nim przyszłego duchownego, dlatego chętnie zgadzali się na spotkania syna z Arturem Heinke, proboszczem parafii w Domaszkowie, ufając że te kontakty zaowocują decyzją o wstąpieniu do seminarium. Tymczasem wielebny wprowadzał młodego Pausewanga w świat sztuki, bowiem bardzo szybko zorientował się, że to właśnie ona jest jego prawdziwym powołaniem. Artur Heinke był nie tylko duchownym, był też malarzem i kolekcjonerem regionalnej sztuki ludowej oraz rzemiosła artystycznego. Malował pejzaże, portrety, martwe natury, a także wykonywał ilustracje do licznych czasopism regionalnych. Interesował się architekturą regionu, a zwłaszcza zabytkami budownictwa wiejskiego. Obrazki starych chałup Kłodczyzny, zdobiące wydany w 1929 roku kalendarz, były jego dziełem. Pozostały też po nim stacje Drogi Krzyżowej w kościele w Domaszkowie. To w jego domu Joseph zrozumiał, co naprawdę chce w życiu robić. Miast czytać i studiować Biblię, rozprawiali o światłocieniu, sposobach mieszania i nakładania farby na płótno, wreszcie razem chodzili po górach, zachwycając się okolicznym pejzażem, rozstawiali sztalugi i malowali.

agrokotlina_agroturystyka_kamienczyk_pausewang17    agrokotlina_agroturystyka_kamieńczyk_pausewang_30    agrokotlina_agroturystyka_kamienczyk_pausewang18

W ten sposób ksiądz Heinke stał się pierwszym nauczycielem , a zarazem mentorem  młodego Pausewanga, a rodzina pogodziła się z faktem, że Joseph nigdy nie zostanie duchownym. Jak i kiedy młody Pausewang trafił do rodzinnego domu wybitnego malarza monachijskiego, Paula Hoeckera w Długopolu Górnym, tego dokładnie nie wiadomo. Prowadzony wzorowo przez potomków zmarłego w 1910 roku Hoeckera, ów dom był  miejscem szczególnym, swoistą przystanią malarzy śląskich i berlińskich, którzy zjeżdżali tu by dyskutować o sztuce, ale przede wszystkim by malować. To tutaj Joseph spotkał Artura Wasnera, który we Wrocławiu prowadził prywatną szkołę malarstwa. To spotkanie sprawiło, że udał się na studia do Wrocławia. Pobierał nauki u poznanego w Długopolu Wasnera, a także u innych malarzy wrocławskich – Waltera Hartmanna i Maxa Friese. Pod koniec lat dwudziestych był już ukształtowanym artystą. Jego malarskich studiów dopełniła kilkuletnia podróż. Był we Włoszech, Szwajcarii, Francji, Hiszpanii, Bremie, Hamburgu, Nadrenii, Monachium i wreszcie w Berlinie. Podróżując nie tylko malował, ale też bywał w pracowniach znanych malarzy. W Monachium poznał Leo Bambergera, Otto Grassa oraz dominikanina Jozefa Marię Beckerta. W Berlinie bywał w pracowniach Paula Plontke, Friza Webera oraz rzeźbiarza Otto Hizbergera. Wystawiał swoje prace w Berlinie, Dreźnie, Monachium i Bremie. W latach trzydziestych powrócił do Krainy Śnieżnika, bowiem od spotkania z Arturem Heinke największą przyjemność czerpał z malowania rodzimego pejzażu… Tyle życiorys.

agrokotlina_agroturystyka_kamienczyk_pausewang6    agrokotlina_agroturystyka_kamienczyk_pausewang8    agrokotlina_agroturystyka_kamienczyk_pausewang11

W Letniej Galerii Sztuki czarno od ludzi. W tłumie nie potrafię się skupić. Wyszliśmy więc, by wrócić tu po oficjalnej pompie. Minęło kilka dni. Zajrzałam do Galerii. Wystawa skromna, wszak powstała z marzenia. Zaledwie trzy oryginalne prace Pausewanga, reszta to reprodukcje. Te oryginały Marek pożyczył od miejscowych meneli, którzy stali się codziennymi bywalcami Galerii. Zachodzą, by sprawdzić, czy jeszcze wiszą. Czyżby liczyli, że ktoś je ukradnie, a oni dostaną kasę, którą będzie można zamienić na tanie wino…

  pausewang  pausewang1

pausewang2     pausewang3

 Na ścianach pejzaże z wydeptanych okolic Międzylesia, zamek Althanów i przyzamkowy kościół Bożego Ciała, cmentarna Barbara, podcienia domów tkaczy, nieistniejące domy i zaułki. To zaledwie kilkanaście obrazów. Patrząc na nie czuję jak trudno było malarzowi umierać w Lohne, gdzie znalazł się po wojnie. Owa niewielka prezentacja jego dorobku twórczego świadczy o prawdziwym ukochaniu miejsca i pozwala lepiej zrozumieć tęsknotę, która z wielkiego świata przywiodła go z powrotem do Międzylesia, tego maleńkiego miasteczka w cieniu wielkiej Góry. Tu musiał czuć się artystycznie spełniony, bo z owej Góry czerpał moc już jako dziecko. Wychodząc zerknęłam na autoportret artysty, a on puścił do mnie oko. No tak, pomyślałam, wszak jesteśmy starymi znajomymi. Szesnaście lat temu razem „odbudowaliśmy” kościół w Kamieńczyku.

agrokotlina_agroturystyka_kamienczyk_pausewang3

A było to tak…

Ciąg dalszy wkrótce…

Życie w ogrodzie…

•Czerwiec 22, 2011 • 1 komentarz

Tak mi mówili aniołowie,
Co znają prawdę, skrytą w słowie,
Że tam, gdzie wisząc nad przestrzenią,
Brzegi wieczności się zielenią,
Przedarłszy czasu mdłe osłony,
Wzgórzami tęsknot otoczony,
Zakwita ogród niezbadany,
Zaczarowany, obłąkany –
Zaczarowany skonem zorzy
I obłąkany mgłą bezdroży!

Bolesław Leśmian „Ogród zaklęty”

 agrokotlina_agroturystyka_siedlisko_w_kamieńczyku_ogród      agrokotlina_agroturystyka_siedlisko_w_kamieńczyku_ogród    agrokotlina_agroturystyka_siedlisko_w_kamieńczyku_ogród

Zupełnie nie zauważyłam, kiedy skończył się maj, a potem nadszedł czerwiec, który już za chwilę minie. Po śnieżnej majówce nadeszły ciepłe dni i zdaje się, że wtedy przepadłam w ogrodzie bez pamięci. Zwykle wiosną ogród, każdego dnia bardziej, pochłania mnie, zasysa, rozrasta się we mnie, a ja rosnę w nim, zapominając o całym zewnętrznym świecie, bowiem to on staje się światem –  przestrzenią zapachów, kolorów, ptasiego gadania od świtu do zmierzchu. Owo ogrodowe życie zaczyna się właśnie w maju, a kończy w połowie października. Ale nim nadejdzie, śnię ten mój ogród pośród marznącego deszczu, a nierzadko śniegu, tęsknię do niego  nie mogąc doczekać się dnia, gdy pod domem zostanie ustawiona wystrugana przez Jarka ławka. To od niej zaczyna się teraz każdy dzień. Jeszcze w piżamie siadam tutaj z poranną kawą i mrużę oczy w ostrym słońcu, próbując pozbierać myśli, które przepadły gdzieś w niezapominajkach, inne zabłądziły pod gruszką, jeszcze inne zapatrzyły się w niebieską zieleń host. Niech się wyszaleją, wszak tak krótko ogród jest naszym domem. Już w sierpniu zaczniemy myśleć o zimie i cieple pieca. Te poranki warte są tego, by przeżywać je długo, bowiem życie jest zbyt krótkie, by się spieszyć. Niespiesznie więc smakuję urodę każdej mijającej chwili zapominając o porządkach w domu, o garnkach, praniu, odkurzaczu, komputerze, internecie, a w konsekwencji również o domownikach. Ten stan najlepiej opisać słowami angielskiej poetki Emily Dickinson:

 „Z najbliższym moim Towarzystwem

Ni słowa nie zamieniam –

Rój Gwiazd odwiedza mnie co wieczór

I nie ma za złe milczenia (…)”

agrokotlina_agroturystyka_siedlisko_w_kamieńczyku_ogród    agrokotlina_agroturystyka_siedlisko_w_kamieńczyku_ogród    agrokotlina_agroturystyka_siedlisko_w_kamieńczyku_ogród

Istnieje tylko ogród. Wszystkie ścieżki prowadzą mnie do niego, te do świata na zewnątrz gdzieś przepadły. To tu, gdy siedzę w rabatach, w uszach gra mi DAAB „…w moim ogrodzie gdzie czas leniwy…”, a potem gdzieś z najdalszych warstw pamięci przychodzą do mnie fragmenty wierszy poświęconych ogrodom, jakieś frazy z Buviera o odpowiedzialności ogrodnika za swe dzieło, różne ogrodowe motta jak choćby to, że “muszę poznać dwie lub trzy gąsienice, jeśli chcę zawrzeć znajomość z motylem.”. Subtelność  Antoine’a de Saint-Exupéry’ego – urzekająca. Rozmyślam też o ogrodnikach, zwłaszcza o tych, których wyobraźnia, talent i upór zaowocowały dziełami podziwianymi do dziś. Do takich należy wojsławicki ogród Fritza von Oheimba założony w 1880 roku oraz ogrodowe dzieła Gertrudy Jekyll… Czy kiedyś, gdy będę jedynie wspomnieniem, mój ogród będzie trwał, a co ważniejsze czy będzie inspirował… Tego nie wiem. Dzisiaj najważniejszy jest czas, który mogę w nim spędzić.  „Przemeblowując” go i każdego dnia tworząc od nowa, wymyślam mu kolejne „pokoje” bez granic. Podstawowa trudność pracy w ogrodzie pośród gór polega na tym, że jest on fragmentem naturalnego krajobrazu. Trzeba więc wiele taktu, subtelności i uwagi, by owego krajobrazu nie zepsuć, trzeba też wyobraźni, by uczynić z niego integralny fragment pejzażu. Bywa to trudne, nieraz bardzo trudne ale też ogromnie pasjonujące…Taka praca na całe życie, a i tak nie wiadomo czy u jego kresu dzieło będzie skończone. Wszak w ogrodach Gertrudy Jeckyll i Friza von Oheimba do dzisiaj pracują ogrodnicy… 

  agrokotlina_agroturystyka_siedlisko_w_kamieńczyku_ogród     agrokotlina_agroturystyka_siedlisko_w_kamieńczyku_ogród    agrokotlina_agroturystyka_siedlisko_w_kamieńczyku_ogród

Któregoś dnia, plewiąc między krzewami derenia białego, ujrzałam cień Gertrudy… Ciekawe cóżby powiedziała patrząc na moją hostową rabatę, założoną na zawalonej dawno, w czasie, gdy nawet nie śniliśmy o Kamieńczyku, piwnicy, albo na irysowo-paprociowe wnętrze starej ruiny, porośnięte bluszczem hedera i hortensją pnącą. Fascynaci sztuki ogrodowej mówiąc o Gertrudzie, używają przydomka „Wielka”. Jakże bym chciała, by mój ogród choć we fragmencie  przypominał jej ogrodowe dzieła. Od kiedy ujrzałam akwarele Gertrudy, jej rabaty śnią mi się nocami.

akwarela_gertrurda_jeckyl    akwarela_gertrurda_jeckyl    akwarela_gertrurda_jeckyl

Wydaje się, że była kobietą spełnioną. Malarka, projektantka ogrodów i pisarka dzieciństwo spędziła w wiejskim domu w Surrey, 30 mil od Londynu, który otoczony był prawdziwie angielskim, wiejskim ogrodem. To w nim, jeszcze jako mała dziewczynka, zaczęła malować i to on był jej pierwszym uniwersytetem. Wyobrazić sobie można, że taki ogród położony wśród jezior i lasów, był dla wrażliwego dziecka prawdziwym Rajem, wyspą pełną cudownych roślin, bajkową przestrzenią do odkrywania, światem samym w sobie. Prawdopodobnie był takim ogrodem, w którym płynne są granice pomiędzy tym, co stworzyła  natura, a tym co już było sztuką. Mieszała się w nim wyobraźnia z  doskonałością naturalnej formy, której kształt owa wyobraźnia dopełniała. Wyposażony był też pewnie w owe niezbędne angielskim ogrodom rekwizyty, a więc fragmenty kamiennych murów, stare drzewa o fantazyjnych sylwetach, przerośnięte mchem ceglane i kamienne nawierzchnie czy wreszcie detale ogrodowe: omszałe ławki, zagadkowe studnie, kamienne rzeźby. Gertruda dorastając w nim musiała poczuć, że jej powołaniem jest sztuka, w szczególności sztuka zakładania ogrodów. Jako osiemnastoletnia dziewczyna rozpoczęła naukę w Sir Henry Cole’s South Kensington Art School w Londynie. To tam uczyła się malarstwa i rysunku, ale też studiowała anatomię, botanikę, optykę, a także naukę o kolorach. Zafascynowana była teorią estetyzmu Johna Ruskina i malarstwem Josepha Turnera, a zwłaszcza jego sposobem operowania kolorem. W towarzystwie brata odwiedzała londyńskie wystawy i bywała na koncertach. Wszechstronne wykształcenie sprawiło, że ta ambitna i niezwykle utalentowana kobieta stała się w pełni niezależna i rozkwitła, czarując kolorami jak prawdziwa angielska róża. Jej pasją stały się ogrody. Była bodaj pierwszą kobietą, która zajęła się zawodowo ich projektowaniem. Zanim jednak to się stało odbyła podróż na Bliski Wschód, do Algierii oraz Europy. Tam w pełni ukształtowały się jej poglądy artystyczne. Będąc w Europie szkicowała, rysowała, zbierała rośliny zakładając im zielniki i fotografowała wszystko, co dane jej było widzieć – od roślin począwszy, poprzez ogrody, sceny z codziennego życia, bawiące się dzieci i zwierzęta, a potem sama wywoływała swoje zdjęcia w ciemni. Ciągle też malowała. Jednak pogarszający się wzrok sprawił, że porzuciła myśl o poświęceniu się malarstwu, które do końca życia pozostało jej największą pasją. Po powrocie do Anglii skupiła się na projektowaniu wnętrz i ogrodów. Po śmierci ojca wróciła do zapamiętanego z dzieciństwa Surrey. To tu stała się prawdziwym ogrodnikiem – artystą, kiedy uświadomiła sobie, że chce projektować domy i ogrody w stylu  i na zasadach Arts & Crafts, w myśl którego między domem, a otoczeniem powinny panować pozytywne relacje. Styl ten był krytyką rewolucji przemysłowej i wzornictwa związanego z masową produkcją. Zalecał prostotę i sielskie krajobrazy, bowiem tylko tak człowiek może powrócić do natury. Ciekawe, że to Gertruda projektując ogrodowe wnętrza, stworzyła teoretyczne podstawy Arts & Crafts, choć formalnie jego twórcami byli John Ruskin i William Morris. Według niej, właśnie swojski angielski krajobraz razem z prostą, a jednocześnie funkcjonalną architekturą i ogrodami pełnymi kwiatów, miał uczynić człowieka szczęśliwym. Kochała lawendę, malwy, ostróżki, róże i wszelkie pnącza porastające nietynkowane, ceglane ściany. Uważała, że rośliny należy sprowadzać do ogrodu dopiero po gruntownym poznaniu ich pod względem upodobań, wymagań, charakteru, formy, ulistnienia i koloru. Jednocześnie twierdziła, że należy się kierować dużą swobodą w nasadzeniach, by uzyskać jak najlepszy efekt malowniczej naturalności. „Ogród powinien ukazywać nieoczekiwane widoki i niespodzianki” powtarzała za Williamem Robinsonem, cytując wydany w 1870 roku jego “Dziki ogród”. Wszak przez wiele lat przyjaźniła się z Robinsonem, a efektem tej przyjaźni były napisane wspólnie “Angielskie ogrody kwietne”, opublikowane w 1883 r. Sama pisała: „Malowniczy, stary dom powinien być otoczony kolorami”. Kolor warunkował jej myślenie o ogrodzie, może bardziej niż forma. Łączyła barwy, tak że nie sposób przejść obojętnie obok projektowanych przez nią nasadzeń. Jej rabaty migocą, świecą, grają wymieszanymi kolorami niczym impresjonistyczne płótna. Zestawiała fiolety z odcieniami różu, zimne żółcie z beżami i błękitami, szukając harmonii, nigdy kontrastu czy przeciwieństw. Będąc artystką, była też prawdziwym ogrodnikiem. Przy swoim domu założyła szkółkę roślin ozdobnych. Hodowała tam zwłaszcza róże oraz ukochane pierwiosnki. Zaprojektowała ponad 400 ogrodów, w Wielkiej Brytanii, Europie i Ameryce. Kiedy skończyła pięćdziesiąt pięć lat napisała trzynaście książek o ogrodach oraz tysiąc artykułów. Jej życie dobiegło kresu w ogrodzie. Ostatnie lata, siedząc na wózku, spędziła wpatrując się w swój ukochany prymulowy ogród. Pochowano ją na cmentarzu przy kościele św. Jana w Bushridge. Ceremonię pogrzebową prowadził jeden z jej ogrodników. Na nagrobku Gertrudy wykuto napis: GERTRUDE JEKYLL – ARTYSTKA – OGRODNIK – RZEMIEŚLNIK.

agrokotlina_agroturystyka_siedlisko_w_kamieńczyku_ogród    agrokotlina_agroturystyka_siedlisko_w_kamieńczyku_ogród    agrokotlina_agroturystyka_siedlisko_w_kamieńczyku_ogród

Gertruda, w zasadzie jej cień na moim trawniku, to efekt prawie dwumiesięcznego przesiadywania w ogrodzie. To projekcja myśli, ciągle buszujących po moich rabatach. Kiedy skończę planowane na ten sezon porządki, sprowadzę Gertrudę do ogrodu. Zamówię i posadzę angielską różę „Gertruda Jeckyll”. Tak nazwał wyhodowany przez siebie krzew Dawid Austin. Jest to roślina dorastająca do półtora metra wysokości, o kwiatach dużych, ćwierćrozetowych, silnie pachnących, które tworzą harmonijne połączenie z szarozielonymi, przypominającymi róże damasceńskie, liśćmi jakimi okryty jest krzew tej róży. Wykorzystywane są one do produkcji perfum ze względu na wysoką zawartość olejków eterycznych. „Gertruda Jeckyll” powtarza kwitnienie i należy do róż o najintensywniejszym i najdoskonalszym zapachu. W ten sposób Gertruda zamieszka w moim ogrodzie i zapewne będzie królową moich róż… A na hostowych rabatach posadzę hostę „Emily Dickinson”  Emily to moja ukochana poetka, o której nie należy pisać, ją trzeba tylko czytać… Czasem można szepnąć za nią, gdy dzień się kończy i trzeba wrócić z ogrodu:

„Przeczucie jest tym długim Cieniem – na Trawniku

Znakiem – że Słońca zachodzą i nikną –

Powiadomieniem zaskoczonej Trawy

O tym – że wkrótce Mrok się jej przytrafi”

Dobrze, że mam tej wiosny tak wiele czasu na ogród. Dom rzadko odwiedzają turyści bawiąc u nas chwilę ledwie. Nim zdążę się przyzwyczaić, że są, znikają jak cienie. Od kiedy mieszkam na wsi, nie mogę zrozumieć czemu tak powszechne jest przekonanie, że odpoczywać trzeba w lipcu i sierpniu…Gdybym była turystką, pewnie odpoczywałabym na wiosnę i jesienią, bo wtedy ogrody ale także i góry są najpiękniejsze.

agrokotlina_agroturystyka_siedlisko_w_kamieńczyku_ogród     agrokotlina_agroturystyka_siedlisko_w_kamieńczyku_ogród     agrokotlina_agroturystyka_siedlisko_w_kamieńczyku_ogród

Parę dni temu zadzwonił do mnie zaprzyjaźniony bywalec naszej agroturystyki chcący spędzić u nas kilka dni. Kończąc rozmowę zapytał o to, jak teraz jest w Kamieńczyku. Bez zastanowienia odpowiedziałam : „Jak w Raju..”, choć przecież nie wiem jak tam jest… Jednak zdaje mi się, że majowo-czerwcowy ogród z widokiem na Masyw Śnieżnika, sprawiający wrażenie zawieszenia w wieczności zielonej przestrzeni, ogród niezbadany, zatrzymany w czasie, obłąkany, zaczarowany światłem wschodzącego słońca, że ten ogród, w którym pracuję od świtu do nocy, jest Edenem…  A moi Goście odjeżdżając powiedzieli, że miałam rację… Dlatego tak bardzo żal wyjeżdżać z tego Raju…

Siedlisko, maj – czerwiec 2011r.

 
Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.