Przed planowanym w czasie długiego, listopadowego weekendu przyjazdem joginów, porządkowaliśmy salę w stodole oraz tonęliśmy w brzozowych i klonowych liściach, które zasypały całą łąkę, ogród, wszystkie ścieżki oraz nasz niemiecki cmentarz. Szurałam w nich co rano wychodząc na spacer z psami i było mi żal, że trzeba je będzie przed zimą posprzątać. W końcu opadły wszystkie.
W pierwszych dniach listopada, drzewa z bajecznie kolorowych stały się graficznie ascetyczne. Ruszyliśmy do pracy. Jej efektem były snujące się nad Kamieńczykiem dymy pochodzące z naszych liściastych ognisk…
Otaczający nas pejzaż stawał się pastelowy, miękki, wydelikacony światłem wschodzącego słońca i księżyca. Miałam wrażenie, że zastygam w owym pejzażu, powoli stając się jego częścią. Śniłam go, czy to on mnie śnił, że sobie tak patrzę i patrzę… A tymczasem nadjechali jogini i trzeba było się obudzić, choćby po to by ich nakarmić…
Zjechała do nas wrocławska szkola Pawła Dabrowskiego. Kiedy ja byłam “joginem w kuchni”, oni praktykowali swoje assany w naszej stodole, którą w czasie lata i jesieni przemieniliśmy w salę gimnastyczną. Kosztowało nas to sporo pracy i nerwów, więc z niecierpliwością czekaliśmy na ten warsztat jogi, który miał ową salę oficjalnie zainaugurować. Moje jesienne, wegetariańskie kuchenne rewolucje zaczęły sie od kolacji w przeddzień Świeta Niepodległości. Była aromatyczna, gesta, prawdziwie kremowa zupa z dyni podawana z uprażonymi pestkami, tortile ze szpinakiem i serem feta, sałata z rzokiewkami i pestkami słonecznika skropiona oliwą z oliwek, sery pani Agnieszki z Różanki, które zachwycają nie tylko joginów oraz powidła z naszej spiżarni w towarzystwie zielonej i czarnej herbaty. Świeto Niepodległości jogini uczcili trzygodzinną praktyką przedpołudniową oraz czterogodzinną popołudniową, a ja wegetariańską kartoflanką, kotlecikami z pszenicy i płatków owsianych w towarzystwie brokułów z czosnkiem zrumienionym na maśle oraz ziemniaków i syropem z kwiatów czarnego bzu z wodą źródlaną. Po kolacji usiedliśmy wszyscy razem na razgawory. Wtedy usłyszałam o ich wrażeniach dotyczacych naszej sali. Słysząc jak jest im w niej wygodnie i ciepło, jak pieknie słońce ”wchodzi” w kolejne okna, zostawiajac ślady w postaci świetlistych plam na modrzewiowych ścianach ,pomyślałam, że nasze nerwy i ten zwariowany wysiłek minionego lata, że wszystko to miało ogromny sens.
Oto na naszym wzgórzu stworzyliśmy miejsce, w którym joginom dobrze… a nam dobrze razem z nimi. Już od jakiegoś czasu mam wrażenie, że od dnia w którym pojawili się u nas po raz pierwszy, zobaczyliśmy przed sobą nową drogę… Lecz znać ją to jedno, a podążać zupełnie co innego. Przed nami jeszcze ogrom pracy…



















Najnowsze komentarze